Alejandro Pedryc. Fot. Strzały na fairwayu

AJEJANDRO POKONUJE BARIERY

Sezon w Europie był dla blisko 20-letniego Alejandro Pedryca bardzo udany. Kolejne mistrzostwo Polski, dalej wraz z ekipą z Sobieni Królewskich wygrana w Klubowych MP, udział w indywidualnych i drużynowych mistrzostwach Europy. Po powrocie na studia w Texas Tech University tylko dwa zaliczone turnieje. O tym, czym różni się rywalizacja w USA od tej na Starym Kontynencie, opowiada w rozmowie z Anną Kalinowską.

 

A.K.: Co tam słychać? Kiedy wróciłeś do USA?
A.P.: Dziękuję, u mnie wszystko w porządku. Jakoś w połowie sierpnia przyleciałem do Teksasu, a już niedługo… lot na święta do domu. Dni w Stanach mijają bardzo szybko, ciężko ten czas spowolnić. Każdy dzień ucieka, bo wstajesz i od razu siłownia, lekcje, trening, potem jakieś prace domowe.
Pod względem sportowym też bardzo dobrze. Może nie aż tak, jak oczekiwałem, ale jednak jestem zadowolony. Raz zagrałem w drużynie, raz indywidualnie. Wyniki na pewno nie takie, jak chciałem, ale wiem, że jestem coraz bliżej, że mam większy niż wcześniej potencjał, aby  znaleźć się uczelnianej reprezentacji na turnieje.

 

 

Na początku września w Carmel Cup na Pebble Beach Golf Links zaliczyłeś rundy na 77, 79, 74, zajmując indywidualnie 46. miejsce. Potem, startując w Little Rock Invitational, trzy rundy po 75 uderzeń i pozycja T54. Chciałoby się powiedzieć, że bez szału, bo jednak przyzwyczaiłeś polskich kibiców do finiszowania w czołówce, ale też patrząc na poziom w USA to jednak wstydu nie ma, prawda?
No dla mnie to wstyd! Ale ja od siebie dużo wymagam i na pewno nie są to wyniki, jakie chciałbym notować.

Dlaczego tak się dzieje? To jest kwestia gry, techniki czy nastawienia mentalnego?
W największym stopniu to kwestia psychiki, a dalej puttowania, jeśli mam być szczery. Mentalnie pod względem takim, że grając w Polsce czy Europie, potrafię wykreować pewność siebie i być w komfortowej sytuacji, a tutaj nie jestem w stanie tego zbudować i czuć się tak pewny, jak czuję się grając w Polsce. Może dlatego nie gram tak dobrze, jakbym mógł czy chciał. Uzyskanie tego nie jest tak łatwe, jak może się wydawać.
Poziom w USA jest wyższy, więc idę na pole z nastawieniem, że nie mogę popełnić żadnych błędów, że muszę zagrać bezbłędnie całą rundę. Takie podejście mnie niszczy, bo gdy pojawia się jeden błąd to od razu myślę, że muszę go naprawić, a nie do końca tak w golfie jest. Oczywiście, że w USA rywalizacja to inna liga, ale gdybym grał tak, jak gram w Polsce, to spokojnie do drużyny bym się łapał. Tylko trzeba tę mentalną barierę pokonać.

Na czym się teraz, już po zakończeniu startów, koncentrujesz?
Wkroczyliśmy w tzw. off season. To czas na dość intensywną i wszechstronną pracę trzy razy w tygodniu na siłowni – ćwiczymy właściwie wszystkie partie mięśniowe. Na polu najbardziej skupiam się na krótkiej grze, aby procent up&down na rundę był niski. Wedge i puttowanie – w tym wszyscy możemy się poprawić. A jeśli chodzi o puttowanie, to bardzo się męczyłem w tym semestrze, więc mam nad czym pracować.

 

 

Gdzie teraz plasuje się Red Raiders na tle innych ekip rywalizujących w NCAA? Jak przebiegała rywalizacja międzyuczelniana?
Na początku września startowaliśmy tradycyjnie na Pebble Beach Golf Links, gdzie m.in. ja wystąpiłem. Zajęliśmy czwarte miejsce. Potem Maridoe Collegiate Invitational, gdzie mój Texas Tech też skończył na czwartej pozycji. Potem The Blessings Collegiate Invitational oraz Big 12 Match Play Tournament. Łącznie jesteśmy teraz chyba na dziesiątym miejscu, ale poziom naszej drużyny spokojnie pozwala na TOP5. Niestety jeszcze jako drużyna nie jesteśmy w stanie odpowiednio dobrze zaprezentować się na turniejach. Największą konkurencją prawdopodobnie jest University of Oklahoma, ale i Oklahoma State University plus Texas Longhorns, czyli zespół University of Texas, zresztą ten sam, w którym był Jordan Spieth. Najbardziej zawzięta rywalizacja, w każdej z dyscyplin, to z Oklahomą i Texasem właśnie. Można powiedzieć, że z tymi drużynami moja uczelnia najmniej się lubi.

Ktoś ciekawy dołączył do Red Raiders od tego roku akademickiego? Komu wróżysz największą karierę sportową? Na które nazwiska warto zwrócić uwagę?
Doszedł Szkot Calum Scott – 18-latek z mega potencjałem, gra świetnie, wystąpił bodajże w każdym turnieju. Będzie mocnym ogniwem drużyny, także trzeba na niego uważać… Jego brat Sandy to nasz najlepszy zawodnik, ale wciąż kontuzjowany. 

Trenerzy z Texas Tex pełnią rolę bardziej selekcjonerów niż szkoleniowców od techniki gry. Pod tym względem prowadzi Cię Matthew Tipper – trener m.in. Adriana Meronka. Często macie kontakt z Matthew?
Raz na jakiś czas wysyłam video z gry/treningu plus statystyki Trackmana. Ale ja nie jestem takim typem zawodnika, który potrzebuje non stop uwagi trenera. Nauczyłem się tego, jakie zwykle popełniam błędy w swingu czy technice i często sam jestem w stanie je wyłapać i zlokalizować. Wiem, co mam zrobić. Wyczuwam, kiedy coś się dzieje i wtedy kontaktuję się z Matthew. Czasem widzę, że coś się zmienia w locie piłki, ale nie wiem, co miało na to wpływ i wtedy też proszę o wsparcie. Na pewno w długiej grze mam tendencję do zbyt dużego i dynamicznego obrotu bioder. Muszę to kontrolować. W puttowaniu mam zbyt duży łuk. Ale tu nie ma, co tego tłumaczyć czy jakoś specjalnie opisywać – muszę go zmniejszyć z 18 do jakichś 15 stopni i tyle. Reszta gry jest okej.

Czy mógłbyś zdradzić kilka ciekawych ćwiczeń, jakie są pomocne w rozwoju gry?
Kluczem jest zawsze to, aby każdy strzał miał sens. Zamiast brania kilku piłek na chipping lepiej iść z jedną, zabrać do tego 2-3 wedge i puttera i robić up&downy. Starać się zawsze zaimprowizować sytuację, jakbyśmy byli na polu. Żeby była zawsze presja, cel.

Jak oceniasz miniony sezon letni? Które starty były dla Ciebie kluczowe?
Bardzo dobrze! Jestem zadowolony ze swojej gry. Najważniejszy były mistrzostwa Europy. W tych indywidualnych, rozegranych we francuskim Golf de Medoc, zająłem 29. miejsce, kończąc na -4. Nie zagrałem jakoś bardzo dobrze, raczej tak na swój poziom, no ale okej.
Drużynowe ME dywizji 2, które odbywały się w Estonii, zakończyliśmy z chłopakami na piątym miejscu. Nie poszło tak, jak chcieliśmy, nie udało się wejść do czwórki ani awansować do pierwszej dywizji. Pozostał niedosyt, bo mieliśmy naprawdę dobrą drużynę w tym roku, a konkurencja nie była miażdżąco lepsza. No ale nikt z nas nie zagrał tak, żeby po dwóch rundach powiedzieć – zagrałem super! Przyznaję, że jest to frustrujące… siedzieć kolejny rok w tej drugiej dywizji. Natomiast optymistyczne jest to, że z każdym kolejnym rokiem polska drużyna jest coraz lepsza, a i teraz nasze szanse urosną, bo nikt z obecnego składu nie planuje póki co przejścia na zawodowstwo, więc jeszcze powalczymy. Jest przyszłość w polskiej ekipie.

 

 

Które wyniki cieszyły najbardziej?
Najmilej zapamiętam Klubowe MP. Super było znów móc zagrać z ekipą z Sobieni, no i przywrócić nam puchar. Byłem naprawdę szczęśliwy, bo granie dla drużyny, to zupełnie co innego, niż start indywidualny. Szczególnie, że przez ostatnie lata nie udawało nam się wygrać. Zadowolenie było tym większe, że zagrałem super rundę w stroke play’u.

Pamiętamy te 65 uderzeń, czyli -7, z białych tee w Kalinowych Polach w pierwszej, jakże upalnej rundzie Klubowych MP.
To jest właśnie runda do zapamiętania: 8 birdie i jeden bogey. Ciekawa była też druga runda międzynarodowych mistrzostw Polski w Modrym Lesie, bo tam na wynik 66 złożyło się 6 birdie, 2 eagle i 4 bogeye… Byłem -5 po dziesięciu dołkach, potem zrobiłem trzy bogeye z rzędu, więc już byłem na -2, ale na szczęście potem birdie, birdie i eagle na osiemnastce.

Mocno świętowaliście z Sobieniami ten triumf w Klubowych MP?
Powiedziałbym, że nie pamiętam, ale to mogłoby dwuznacznie zabrzmieć. Jakiegoś szaleństwa nie było. Raczej na spokojnie, kulturalnie. Ale to był po prostu super tydzień z chłopakami! Bo tęskni mi się za tą drużyną, jak jestem w Stanach. Choć fajnie, że udaje nam się utrzymywać kontakt. 

Czy na studiach w Texas Tech macie zajęcia już normalnie czy wciąż online?
Lekcje normalnie, jak za starych dobrych czasów. Trzeba się więcej uczyć, egzaminy zdawać, ale fajnie jest w końcu poczuć klimat college’u. Bo zajęcia online nie dawały poczucia, że naprawdę jesteś na studiach. Dalej idę w kierunku finansów i biznesu, ale zaczyna się robić ciężko, bo na przykład zajęcia z rachunkowości do łatwych nie należą. Jest ciężej, ale oceny mam dalej dobre.

Jesteś typem wzorowego ucznia, by nie powiedzieć… kujona?
Nie. Ale też jakimś nieukiem nie jestem. Raczej tak pomiędzy, no może ciut bardziej w stronę kujona. Jak mam coś do zrobienia, to ciężko mi pójść spać. 

Nie odkładasz niczego na później?
Czasem odkładam. Ale jest mi głupio, jak wiem, że muszę coś zrobić, a tego nie robię. Zawsze w końcu, prędzej czy później, wszystko zrobię.

Czy studiując i grając teraz w USA mocno obserwujecie z kolegami z drużyny sport zawodowy? Śledzicie na bieżąco transmisje PGA Tour czy nie ma aż tyle czasu?
Nie aż tak. Wspomnimy, kto jaki rezultat osiągnął, fajnie pooglądać wielkie szlemy, ale nie żyjemy tak tym golfem zawodowym. Bo jak masz golf akademicki na co dzień, to jeszcze gadać o golfie zawodowym… No przejadłoby się to. Za to kibicujemy bardzo, gdy ktoś z naszych gra w takich turniejach – teraz, dokładnie w momencie gdy rozmawiamy, nasz kolega z drużyny Ludvig Aberg dostał zaproszenie na Bermuda Championship cyklu PGA Tour i idzie właśnie na szóste miejsce. Jesteśmy dumni, on jest naprawdę dobry, wręcz na innym poziomie. O dziwo nie idzie mu tak super w turniejach akademickich, ale na zawodowych potrafi dobrze zagrać. W naszych kwalifikacjach do uczelnianej reprezentacji zagrał ostatnio -30 w czterech rundach! Ma dużą pewność siebie, bardzo prosto uderza, ciężko o słabe punkty. Choć on uważa, że musi poprawić krótką grę. Poza tym to super gość, bardzo fajny, pozytywny, pomocny, to chyba mój najlepszy znajomy z drużyny.
Ja oczywiście śledzę, co „europejskiej trawie” piszczy, szczególnie gdy gra Adrian Meronk. Zawsze zerknę na wyniki.

 

 

Szykujesz się? Widziałbyś już swoje nazwisko w European Tour?
Wiem, że muszę jeszcze swoją grę polepszyć, ale droga do zawodowstwa już krótsza niż dłuższa. To już nie jest tak daleko ode mnie. Na pewno granie z takimi zawodnikami jak chociażby Ludvig pomaga, bo masz dokładny obraz, jak na czele tej stawki się plasujesz.

Najbardziej niesamowity dzień powoli kończącego się 2021 roku to u Ciebie był..? Niekoniecznie pod względem sportowym.
18 lipca, zwycięstwo Klubowych MP. Nie pamiętam, kiedy tak się cieszyłem z wygranej, jak wtedy. Na pewno zapamiętam turniej w Estonii, bo choć wynik był frustrujący, to team spirit i to jak się dogadywaliśmy jest wart zapamiętania. Zresztą wreszcie mogłem pojechać gdzieś z Kubą Dymeckim, z którym przyjaźnię się od wielu lat, a przez tę całą pandemię trudno było spędzić tyle czasu wspólnie.

Poza golfem nie działo się nic, czym chciałbyś się podzielić?
Mówiąc szczerze… nic spektakularnego. Wiadomo, że powrót do rodzinnego domu to miłe chwile, ale nie będę opowiadał, że powitanie rodziców na lotnisku to highlight tego roku. Na początku bardziej tęskniłem za domem, teraz już się chyba przyzwyczaiłem do takiego podziału roku. Zresztą w USA też czuję się już jak w domu.

Dziękuje za rozmowę i życzę powodzenia na każdym życiowym polu!

 

 

Zdjęcia w tekście: archiwum prywatne Alejandro

Zdjęcie główne: Strzały na fairwayu

Źródło: PZG

 

Zredagowała: Kasia Nieciak

Golfowe Newsy
Partnerzy oficjalni