Zach Johnson 2016 Ryder Cup. Hazeltine National Golf Club. EPA/ERIK S. LESSER Dostawca: PAP/EPA.

Zach Johnson – numer dwa.

 Od dawna chciałam napisać artykuł o panu Johnsonie. Czekałam tylko na odpowiedni moment. Ta chwila wreszcie miała się zmaterializować. Dustin Johnson grał jak z nut w 144. odsłonie szacownego The Open, a poczciwe St. Andrews wydawało się zupełnie bezbronne w starciu z jednym z najdalej uderzających bombardierów na świecie.  Zacierałam ręce, a w myślach tworzyłam już plan. Miałam pisać o „złym chłopcu”, o zażywaniu niedozwolonych substancji, o grzechach młodości, o banicji, pierwszym wygranym Szlemie i tego typu wciągających po nos historiach.

Aż tu nagle, po zaledwie dwóch dniach gry, doskonale funkcjonujący organizm się zatarł i cały misterny plan szlag trafił. Mój kontrowersyjny bohater odpłynął w szkocką dal, a do akcji wdarł się przebojem zupełnie inny Mr. Johnson, będący czystym przeciwieństwem tego pierwszego. Teraz musiałam zmierzyć się z człowiekiem moralnie bez najmniejszej nawet rysy, graczem „krótkim” jak rozgwieżdżone lipcowe noce, którego kontakt z potencjalnie szkodliwymi substancjami mógł sprowadzać się co najwyżej do zażycia etopiryny od Goździkowej w stanach grypowych.

No.2

Zachary Harris Johnson urodził się drugiego lutego 1976 roku, w Iowa City. Był pierwszym z trójki rodzeństwa: dwóch braci i siostry. Wychowywał się w drugim największym mieście w stanie Iowa, 125 tysięcznym Cedar Rapids. Jego tata – Dave był kręgarzem, a mama – Julie uczyła religii, co częściowo wyjaśnia niezwykłą bogobojność syna. Zach zawsze był ulubieńcem nauczycieli, którzy uwielbiali go za to, że był bardzo grzecznym i posłusznym uczniem. Cała trójka rodzeństwa była wysportowana, ale Zach miał niemal obsesję na punkcie uprawiania sportu oraz oglądania transmisji sportowych. Jego zainteresowania sportowe były szerokie i obejmowały: koszykówkę, baseball, piłkę nożną i oczywiście golf, którym zajął się na poważnie już jako dziesięciolatek, grając i trenując w lokalnym Elmcrest Country Club. Charakterystyczne dla początków jego kariery golfowej jest to, że … nie był wybitny. W szkole średniej wspominają go jako sportowca o oględnie mówiąc mało wybujałych warunkach fizycznych. Średnio imponujące 152 centymetry wzrostu i 43 kilogramy wagi jednak nie powstrzymywały go na polu golfowym. Kolega z drużyny Regis High School – Jason Vanderhom  wspomina: „ Nigdy nie uderzał dalej niż 200 metrów, ale za to piłka zawsze leżała na fairwayu. Poza tym nigdy nie pudłował puttów z obszaru trzech metrów. Nigdy! ”

Znany był przy tym jako mentalnie bardzo trudny przeciwnik. Nigdy nie gotował się w ferworze rywalizacji, nawet kiedy przegrywał. Co charakterystyczne nie denerwował się też po porażkach, przyjmując je z pokorą. Najlepszą tego ilustracją są słowa jego agenta Brada Buffoni:„ Podczas turnieju Nationwide Tour w Chicago, podłączono Zacha do aparatury pomiarowej, badającej jak szybko serce zawodnika wyrównuje  rytm w sytuacji stresowej. Okazało się, że zdezorientowani naukowcy musieli przeprowadzać test trzykrotnie, ponieważ myśleli, że aparatura się zepsuła. Wyniki były niewiarygodnie dobre, nie mieszczące się w żadnych normach!”.

Mimo tych niewątpliwych zalet Zach jednak zawsze był najwyżej drugi. Był numerem dwa zarówno w drużynie Regis High School jak i Drake University, w osławionych „ Buldogach”. Po skończeniu studiów i uzyskaniu dyplomu z marketingu i zarządzania, nie mając większych sukcesów w golfie amatorskim, Zach zszokował wszystkich, postanawiając zostać w 1998 roku zawodowym golfistą. W szczególności jego rodzice byli wściekli z tego powodu, widząc dla syna bardziej przewidywalną przyszłość, zgodną z ukończonym kierunkiem studiów.

Zach Pack

Tak więc 22 – letni Zach Johnson, mimo sceptycyzmu otoczenia, machnął ręką na marketing oraz zarządzanie i postanowił grać w turniejach jako zawodowiec. Wiary we własne siły mu nie brakowało, za to drastycznie potrzebował pieniędzy. Mnóstwa pieniędzy! Doskonale zdawał sobie sprawę, że gra w mini ligach  golfowych wymaga zainwestowania tony mamony, a jednocześnie szansa na jej zwrot jest raczej iluzoryczna.

I tutaj na wysokości zadania stanęła grupa wsparcia, pod wezwaniem dziewięciu szczodrych członków Elmcrest Country Club, znana jako „Zach Pack”, która w latach 1998-2003 zainwestowała 150 000$ w marzenia chłopaka, w którego tak naprawdę mało kto wierzył. Jak wspomina jeden z udziałowców, prawnik Flip Klinger: „ Nikt z nas nie wchodził w ten układ, żeby zarobić pieniądze. To odbywało się bardziej na zasadzie umożliwienia dzieciakowi pogoni za marzeniami.” Mając ustabilizowaną kwestię finansową Zach zaczął swoją wielką przygodę od najniższej możliwej rangi turniejów, grając w już nie istniejącym Prairie Golf Tour. W swoim debiutanckim sezonie udało mu się nawet raz wygrać i zarobić w sumie przepastne 7,014 $, plasując go na szóstym miejscu rankingu zarobków. W następnym sezonie wygrał dwukrotnie i w 2000 roku awansował do amerykańskiej drugiej ligi Nationwide Tour. Sezon ukończył jednak na dramatycznej 174 pozycji, spadając natychmiast do podrzędnego Hooters Tour.

Wówczas pod swoje skrzydła przyjął go trener Mike Bender, który nieco podrasował jego swing. Zmiany szybko przyniosły doskonałe efekty w postaci wygranej w ostatnich trzech turniejach 2001 Hooters Tour, gdzie w ośmiu z ostatnich dwunastu rund, grał wynik 66 lub lepszy! „ Wtedy już wiedziałem, że on ma prawdziwy dar”, wspomina Bender. W 2003 roku Zach zajął pierwsze miejsce w klasyfikacji zarobków Nationwide Tour, awansując automatycznie do wyśnionego PGA TOUR.

Na plusie

W 2004 roku zdobył swój pierwszy tytuł PGA TOUR – BellSouth Classic i został wyróżniony prestiżowym tytułem „ Debiutanta Roku”. Z zarobkami powyżej dwóch milionów dolarów był drugim najlepszym pierwszoroczniakiem w historii PGA TOUR. Mimo to, wciąż nie pociągał za sobą tłumów kibiców, nawet podczas swojego pierwszego Ryder Cup, w 2006 roku, kiedy grając fourball ze Scottem Verplankiem wyczarował w jednym meczu aż siedem birdie! Taka percepcja jego osoby lub raczej jej brak wcale go jednak nie deprymowała. Wreszcie nadszedł pamiętny rok 2007 i Zach wystąpił w swoim trzecim z rzędu Masters.  Po trzech dniach gry plasował się tuż za liderami: Stuartem Appleby, Tigerem i Justinem Rose. Absolutnie nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że nieznany szerszej publiczności Zach może tak bardzo wstrząsnąć końcową klasyfikacją. Tymczasem nawet  matka natura przyszła z pomocą. Dzięki niskim temperaturom fairwaye zrobiły się twardsze, co jest zbawienne dla krótszych graczy. Greeny z kolei zrobiły się diabelsko szybkie, co nasz bohater wręcz uwielbia! Niedzielny flight z bliskim przyjacielem Vaughnem Taylorem również był szczęśliwym zrządzeniem losu. Zach oczywiście w pełni to wykorzystał, grając fantastyczne 69 uderzeń, podczas gdy średnia tego dnia wynosiła 74! 289 uderzeń zwycięzcy (+1!) było wyrównaniem dotychczasowych  najwyższych rezultatów zwycięzców w historii z lat 1954 i 1956. Oszałamiająca wygrana przesunęła Zacha z 56 na 15 miejsce w rankingu światowym i nawet jego własny ojciec był zszokowany takim obrotem spraw: „ Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek, wliczając w to mnie samego przypuszczał, że Zach ma jakiekolwiek szanse! ”

 

Demoniczny Damon

Zach Johnson i o 11 lat starszy Damon Green tworzą prawdziwie unikalny duet. Ten pierwszy ma na swoim koncie 28 profesjonalnych wygranych. Ten drugi z kolei wywalczył jako gracz ponad … 70 zawodowych trofeów! To nie żart! To niepowtarzalny w skali globalnej tandem, w którym caddy bije na głowę swojego pracodawcę w ilości profesjonalnych wygranych! Co prawda ranga tych zwycięstw jest nieco inna, ale same liczby mogą wprawić w szczere osłupienie.

Green jest zawodowym golfistą od 1985 roku. W 1994 po wygraniu niezliczonej ilości turniejów mniejszej rangi, otarł się także o PGA Tour. Po spudłowaniu metrowego putta, zabrakło mu jednego uderzenia do przejścia finałowego etapu drenującej ciało i umysł Q – School. W 1998 roku zdecydował się spróbować swoich sił jako caddie. Początkowo jego pracodawcami byli Jimmy Green i Scott Hoch. W 2004 roku Damon Green rozpoczął współpracę z głównym bohaterem tej opowieści, zdobywając z nim wszystkie 12 tytułów PGA TOUR, w tym oba Wielkie Szlemy. W 2012 roku, przez krótką chwilę w zasadzie grał w tym niezwykłym duecie pierwsze skrzypce, kiedy to można było podziwiać jego występy podczas turnieju o naprawdę dużym ciężarze gatunkowym. Zachwycony i dumny Zach Johnson tak komentował na bieżąco rezultaty pierwszej rundy na twitterze: „Mój człowiek Damon Green, z wynikiem -4 zajmuje ex aequo trzecie miejsce w US Senior Open! Szczerze mówiąc nie jestem zaskoczony. On jest dzikim talentem! ” Ostatecznie Damon zajął świetne 17 miejsce, pokazując wszystkim, że potrafi też całkiem skutecznie grać w golfa.

Chicken Walk

Damon Green słynie również z tańca, który jest jego znakiem firmowym i sprawia, że w kategorii „osobowość sceniczna” bije swojego szefa w cuglach. Demon tańca budzi się w nim w szczególnie podniosłych momentach, a to co wyczynia w zasadzie trudno nawet zakwalifikować jako taniec. Kroczy on sprężyście przed siebie, machając zamaszyście ramionami, przypominając trochę pijanego ze szczęścia kurczaka.

Trzy lata temu kilka milionów telewidzów na całym świecie mogło znowu podziwiać ten niezwykły pląs. I trzeba przyznać, że okazja była wyjątkowa i w pełni uzasadniała takie przedstawienie! Zach Johnson trafił dziewięciometrowego putta na birdie, na osiemnastym dołku finałowej rundy The Open! Było to jego 66 uderzenie tego dnia, a dzięki niemu wskoczył do trzyosobowej dogrywki, w której znaleźli się też Louis Oosthuizen i Marc Leishman. Później, z rozpędu wygrał całe te dostojne mistrzostwa, po jedenastu próbach z rzędu! Został on tym samym zaledwie szóstym graczem, który wygrał turniej Wielkiego Szlema zarówno w Auguście , jak i St. Andrews. Przed nim uczynili to tylko Sam Snead, Jack Nicklaus, Nick Faldo, Seve Ballesteros i Tiger Woods. To zwycięstwo, oprócz miejsca w historii doładowało też jego konto bankowe kwotą 1.8 miliona dolarów.

Zach zajmuje 11 miejsce na liście zarobków wszechczasów, z oszałamiającą kwotą ponad 43 milionów dolarów, która przewyższa nawet rezerwę federalną USA. Nic dziwnego, że stać go na luksusowe podróże prywatnym odrzutowcem, którym błyskawicznie przemieszcza się z turnieju na turniej. Po wygraniu The Open w 2015 roku na pokładzie znajdował się też sensacyjnie grający w tamtym roku Jordan Spieth – zwycięzca dwóch pierwszych Majorów 2015 roku, któremu zabrakło jednego uderzenia do dogrywki.

Zach Johnson wykazał się jednak sporą dozą empatii, oferując młodszemu koledze możliwość wypicia bliżej nie sprecyzowanego, być może alkoholowego trunku z najsłynniejszego dzbana na wino w tej galaktyce. Claret Jug został na krótką chwilę przedmiotem użytkowym!

Od triumfu w St. Andrews wciąż czekamy na kolejną wygraną Zacha Johnsona.

 

Napisała: Kasia Nieciak

 

 

  • Artykuł opublikowany po raz pierwszy na łamach magazynu Golf&Roll w 2015 roku. Uaktualniony i za zgodą redakcji G&R trafił na naszą stronę.

 

CZYTELNIA
Partnerzy oficjalni

Partnerzy wspierający