Grający Kapitan Tiger Woods. 2019 Presidents Cup. Royal Melbourne Golf Club. 15 XII 2019. EPA/ROB PREZIOSO EDITORIAL USE ONLY AUSTRALIA AND NEW ZEALAND OUT Dostawca: PAP/EPA.

Tiger 3.0

Niemal dokładnie 10 lat temu był królem tabloidów, uwikłany w skandal obyczajowy, którego skala zupełnie go przerosła i przytłoczyła. Tym żył cały świat, a pikantne szczegóły jego życia prywatnego stały się sprawą publiczną. Każdy mógł to na własny użytek oceniać, być święcie oburzonym, wydawać swoje wyroki. Wszyscy poza nim stali się nagle kryształowi i idealni. Wydawało się, że jego reputacja runęła, a on sam nigdy się z tego nie podniesie. Sponsorzy oraz kibice opuszczali go szybciej niż spadające jesienne liście. Spektakl trwał. On sam przepraszał publicznie za swoje zachowanie, obiecywał poprawę, terapię i że znowu będzie grzecznym chłopcem. To był lincz.  

Dwa i pół roku temu trafił na policyjny dołek, po tym jak drogówka znalazła go w jego własnym samochodzie, na poboczu drogi, w letargu, samotnego, półprzytomnego, oszołomionego miksturą substancji znieczulających, od których się uzależnił, próbując zgasić obezwładniający ból, towarzyszący mu permanentnie po czwartej operacji kręgosłupa.

Dwa lata temu, podczas rozgrywanego u stóp Statuy Wolności Presidents Cup, wciąż obolały fizycznie oraz psychicznie, jako asystent kapitana Jima Furyka wracał z golfowych zaświatów, rozkoszując się nową dla siebie funkcją. Przyznał też z rozbrajającą szczerością, że nie wie, czy kiedykolwiek będzie jeszcze grał w golfa.

Rok temu na podparyskim Le Golf National, kilka dni po zdobyciu swojego osiemdziesiątego tytułu PGA Tour, przeżywał koszmarny, ze swojego punktu widzenia, Ryder Cup. Przegrał tam w każdym meczu, a jego drużyna ponownie dostała baty 17.5 – 10.5 od szalejącej ekipy natchnionych Europejczyków.

W kwietniu tego roku, w nieprawdopodobnych okolicznościach, po raz piąty zakładał Zieloną Marynarkę, zdobywając piętnasty tytuł wielkoszlemowy!

Niemal dokładnie pół roku później w Japonii, wyrównał rekord Sama Sneada, który nigdy nie miał być wyrównany! 82 zwycięstwo PGA Tour to było coś, co zwłaszcza wobec wcześniejszych perturbacji osobistych oraz zdrowotnych, wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Rekord ten szokuje tym bardziej, jeśli spojrzymy nieco w dół rankingu. Zaszczytne trzecie miejsce dzierży tam sam Jack Nicklaus, z 63 zwycięstwami, a z wciąż czynnych graczy, pierwszy po Tigerze jest Phil Mickelson, z 44 triumfami!

Teraz, jako grający kapitan, wraz z prawdopodobnie najsilniejszą drużyną sportową w dziejach, zwyciężył w Royal Melbourne Golf Club w absolutnie elekryzującym Presidents Cup, wygrywając swoje wszystkie mecze i wdrapując się na sam szczyt rankingu wszech czasów tych rozgrywek!

Co za podróż, Panie Woods!

 

 

Zakończony w niedzielę XIII Presidents Cup to były cztery dni niesamowitej gry dwóch fantastycznych drużyn, pod wodzą dwóch wspaniałych kapitanów. Wszystko przypominało nieco zjazd kolejką górską bez pasów bezpieczeństwa. Kiedy było po wszystkim Tygrys próbował na chwilę uciec przed wzrokiem kibiców, graczy, asystentów, fotografów i innych gapiów.  Rozedrgane emocje wzięły górę i ten kiedyś największy twardziel spośród twardzieli, z psychiką nie mającą sobie równych w świecie sportu, po prostu się rozpłakał, przytłoczony emocjami, wymykającymi się spod kontroli. To był jedenasty Puchar Prezydentów wywalczony przez Amerykanów, pierwszy pod dowództwem Tigera, jako grającego kapitana: „Wszyscy moi chłopcy, to oni tego dokonali!”, wydusił w chwili  wielkiego triumfu.

 

 

Wszystko zaczęło się od niesłychanego czwartkowego lania, kiedy Drużyna Międzynarodowa, dowodzona przez legendarnego Ernie Elsa, rozniosła Amerykanów 4-1 w pierwszym dniu imprezy, rozgrywanym w formacie Four-Ball. Drugi dzień, w drenującym Foursomie, zakończył się wyważonym remisem. W sobotę poranną sesję rozstrzygnięto z delikatnym wskazaniem na Międzynarodówkę, a po południu lepsi byli Amerykanie, którzy w dwukrotnie triumfowali i remisowali. Przed finałem, w którym do rozegrania było 12 singli, dwoma punktami prowadziła Drużyna Międzynarodowa.

Niedziela była prawdziwym trzęsieniem ziemi, a na dzień dobry szacowny Kapitan wygrał gładko swój mecz! Ilość czerwonego koloru na tablicy wyników była w pewnym momencie przytłaczająca. Pod koniec dnia sytuacja się wyklarowała. Na polu toczyły się wciąż dwa pojedynki, które miały zdecydować o wszystkim. W przedostatniej batalii walczyli Matt Kuchar i Louis Oosthuizen, aka Shrek. Jako ostatni pojedynkowali się Rickie Fowler i Marc Leishman. Zabawę przerwał bezpardonowo… Kuchar, trafiając birdie na siedemnastce i co zrozumiałe, uśmiechając się szeroko!

Losy pucharu mogły równie dobrze potoczyć się zupełnie inaczej, zresztą jak zwykle w golfie. Kto wie, co wydarzyłoby się, gdyby wygrał Hideki Matsuyama, który w meczu z Tonym Finauem, prowadził 4 UP po dziesięciu dołkach, tracąc prowadzenie po raz pierwszy dopiero na trzynastce! Jaki to dałoby sygnał drużynie Elsa? Gdybaniom nie ma końca.

Wszyscy z niedowierzaniem obserwowali piorunujący początek turnieju w wykonaniu Drużyny Międzynarodowej, która później nieco przygasła. Od prowadzenia 6-1, wygrała tylko osiem punktów, z dostępnych 23, włączając w to cztery, z możliwych dwunastu w niedzielnych singlach!

Kapitan Woods w kółko podkreślał, że najważniejsza jest drużyna: ”To było jedno z największych wyzwań w mojej karierze. Każdy z tych chłopaków wierzył jeden w drugiego, polegali na sobie jako drużyna i dokonaliśmy tego razem jako zespół.” To właśnie z uwagi na dobro drużyny, rozkręcony po wygraniu dwóch meczów w pierwszych dwóch dniach, fruwając po polu ze słuchawką w uchu, niczym agent Secret Service, postanowił nie grać w sobotę. Tiger odpoczywał, zbierał siły przed decydującym niedzielnym starciem i dał wykazać się młodej gwardii: „Ufam całej mojej jedenastce. Ufam im bezwarunkowo. Poszli w bój i dostarczali punktów, których potrzebowaliśmy. Walczyliśmy. Zmusiliśmy rywala do walki o każdy jeden punkt.”

 

https://twitter.com/PresidentsCup/status/1206133482415636481?s=20

 

Woods grając w swoim dziewiątym Presidents Cup, w niedzielę zainspirował swoją drużynę w meczu na szczycie, w starciu niepokonanych! Grając w pierwszym pojedynku dnia przeciwko fantastycznemu Meksykaninowi – Abrahamowi Ancerowi, nie dał mu żadnych szans, zwyciężając gładko 3&2. Był to jego 27 triumf Presidents Cup, jeden więcej od wielkiego nieobecnego – Phila Mickelsona, który walczył we wszystkich poprzednich imprezach. Wcześniej ci dwaj odwieczni rywale szli łeb w łeb w statystyce zwycięstw, jednak już zestawienie meczów przegranych i zremisowanych, zdecydowanie przemawiało na korzyść Tygrysa: 26-15-1 vs 26-16-13. Teraz zmieniła się kluczowa pierwsza liczba, z 26 na 27.

 

 

Tiger był zawsze indywidualnością. Czasami tak się w tym zapamiętywał, że cierpiały na tym inne obszary bycia Tygrysem. Tak bardzo koncentrował się na zwycięstwie, na łamaniu kolejnych granic, kolejnych rekordów, że jego drużynowe osiągnięcia nie do końca nadążały za sukcesami indywidualnymi. Ten rok wydaje się początkiem nowego rozdziału w nieprawdopodobnej karierze. To początek nowego Tigera, który pokazał jak bardzo odpowiada mu rola kapitana, ktora wyzwoliła w nim wszystko co najlepsze i spowodowała, że z nieskrywaną pasją wypowiadał się o tej funkcji i z czułością mówił o swojej drużynie.

Pewnie nie raz zobaczymy go w tej roli ponownie.

 

https://twitter.com/PresidentsCup/status/1206486141156773888?s=20

 

#GoTiger!

 

Więcej o historii Presidents Cup i wydarzeniach z Melbourne znajdziemy TUTAJ

 

Napisała: Kasia Nieciak

 

CZYTELNIA
Partnerzy oficjalni

Zaufali nam

Partnerzy wspierający