Rickie Fowler. Australian PGA Championship. Royal Pines. 2013. (AAP Image/Dan Peled) Dostawca: PAP/EPA.

🍊 Pomarańczowy chłopak.

Cóż to były za emocje! Pole Celtic Manor co chwilę eksplodowało wrzawą jakiej tam, a może nawet w całej Walii, nie słyszano nigdy wcześniej. Wśród otaczającego, rozgorączkowanego tłumu 21 – letni chłopak w dużo za dużej czapce, mógł czuć się nieco zagubiony zwłaszcza, że decydowały się losy Ryder Cup, a perspektywy jego meczu, który przegrywał aż czterema dołkami, nie wyglądały najlepiej. W tej dość  beznadziejnej sytuacji, stojąc na trzynastym tee zobaczył Tigera, wtaczającego 15 -metrowy putt na birdie lekko oszołomionemu Francesco Molinariemu. Ten widok solidnie nim wstrząsnął. W bardzo pozytywnym znaczeniu …

Pomarańczowa alternatywa

Kibice oglądający finałową rundę turnieju PGA na pewno, zwłaszcza na początku jego kariery, nie mieli kłopotów z namierzeniem swojego idola. Już z daleka, na tle soczystej zieleni pola golfowego dostrzegali szybko poruszający się pomarańczowy punkt. To znak, że Rick znalazł się w zasięgu ich wzroku i od tej pory już ciężko będzie go zgubić. Podchodząc bliżej, dostrzec można było przystojniaka w długich, zwłaszcza jak na standardy PGA włosach, wystających spod wielkiej, pomarańczowej czapki, ubranego w pomarańczową polówkę oraz pomarańczowe spodnie i buty ! Dla delikatnego przełamania ogólnej tendencji kolorystycznej na czapce i butach w oczy rzucały się białe akcenty, przedstawiające ogromną, atakującą pumę.

Pomarańczowe wdzianko stało się, podobnie jak czerwona koszulka Tigera, jego znakiem firmowym, zarezerwowanym wyłącznie na niedzielną rundę turniejową. Barwy mają przypominać tradycyjne kolory uczelni – Oklahoma State University, której był jednym z najświetniejszych reprezentantów w historii.

Jednak jeśli oczekujemy, że w pozostałe dni tygodnia nasz Kowboj z Oklahomy już nie wyróżniał się swoim ubiorem spośród  innych graczy i niczym szara myszka wtapiał się w tłum, jesteśmy w dużym błędzie! Na co dzień Rick lubił i wciąż lubi założyć na siebie coś krzykliwego! Może to być absolutnie każdy kolor pod warunkiem, że jest niespotykanie soczysty i wyraźnie jaskrawy. Przy czym, występują najróżniejsze, czasami naprawdę dzikie zestawienia tych barw. Statystycznie rzecz ujmując częstą opcją, która w miarę upływu lat, stopniowo zrobiła się nieco rzadsza, była wersja mono, czyli wszystko we wściekłej czerwieni, romantycznym różu, czy też szalonym fiolecie.

Ach, dużo można by pisać na ten temat. Co prawda w dzisiejszych czasach wersja monokolorowa, należy już do rzadkości, wciąż jednak jest jaskrawo, a dominującym, niedzielnym kolorem na zawsze pozostaną barwy pomarańczowe.

 

 

Nawrócony motokrosowiec

Rick Yutaka Fowler urodził się 13 grudnia 1988 roku w Anaheim, w Kalifornii. Swoje egzotycznie brzmiące drugie imię zawdzięcza dziadkowi, ze strony mamy – Taka Tanaka, najprawdziwszemu Japończykowi. Oprócz azjatyckiej domieszki, dzięki babci pochodzącej z plemienia Nawaho, w jego żyłach płynie też sporo indiańskiej krwi.

W swoim beztroskim życiu nastolatka dwie pasje pochłaniały go bez reszty: wyścigi motokrosowe i golf. Absolutnie uwielbiał ten ogłupiający wpływ hektolitrów adrenaliny, wydzielanej przez organizm podczas podniebnych ewolucji. Paradoksalnie, wcale nie mniejszą przyjemność sprawiały mu mozolne treningi na driving range, podczas których niestrudzenie posyłał w atmosferę setki piłek. Miłością do motorów zaraził go tata – Rod Fowler, były baseballista i profesjonalny zawodnik motokrosowy, który w 1986 roku zwyciężył w prestiżowym rajdzie Baja 1000.  Z kolei miłość do golfa zaszczepił w nim dziadek, z którym już od trzeciego roku życia odbywał cotygodniowe wyprawy na golfa i ryby.

Podczas jednej z nich czteroletni Rickie podszedł do Valarie Skovron, prowadzącej w pobliskim klubie zajęcia dla juniorów – Valley Junior Golf Program i prosto z mostu zapytał, czy może brać udział w zajęciach i grać w turniejach. Jego prośba została odrzucona, ponieważ do szkółki przyjmowano wówczas przynajmniej pięciolatków. Kiedy jednak za kilka miesięcy zdeterminowany Rick znów upomniał się o swoje, dostał szansę. Okazało się, że w przeciwieństwie do równolatków półtoragodzinne zajęcia całkowicie go pochłaniały, w dodatku na znacznie dłużej niż typowe dla czterolatka „pięć minut”, a swoimi możliwościami koncentracji mógłby obdarzyć cały oddział mikro golfistów. Już wtedy ujawniła się też jego niezwykła cecha – szalona prędkość gry. Jak  wspomina Pani Skovron: „Po zagraniu z tee biegł jak torpeda do swojej piłki, strzelał i biegł znowu.”

Do czternastego roku życia Fowler trenował namiętnie zarówno golfa jak i jazdę na motorze. Pewnie trwałoby to znacznie dłużej gdyby nie wypadek, do którego doszło podczas pierwszego roku nauki w szkole średniej Murrieta Valley High School, dokładnie trzy tygodnie przed debiutem w golfowej reprezentacji szkoły. Jak sam wspomina: „ Złamałem stopę w trzech miejscach, pogruchotałem kolano i zdecydowałem, że lepiej postawię na golfa ”.

Bardzo szybko okazało się, że to był trafny wybór.

 

 

Jeszcze tego samego roku zagrał rekordowe 62 uderzenia na swoim polu, a wymienienie jego wszystkich tytułów amatorskich zajęłoby trochę czasu. Dość powiedzieć, że w 2007 i 2008 roku, przez wówczas rekordowe 36 tygodni okupował pozycję numer jeden Światowego Rankingu Amatorów. Był też dwukrotnym reprezentantem zwycięskich drużyn Walker Cup, w latach 2007 i 2009, gdzie wygrał sześć meczów, przegrywając zaledwie jeden. Tuż przed przejściem na zawodowstwo omal nie wygrał profesjonalnego turnieju cyklu Nationwide Tour – Nationwide Children’s Hospital Invitational, przegrywając dopiero w dogrywce z Derekiem Lamely !

Uciekająca wygrana

Rzadko zdarza się, żeby o graczu, który nie ma na swoim koncie nawet jednego zawodowego zwycięstwa mówiło się tak wiele. No cóż. W przypadku Fowlera szum wokół jego osoby był w pełni pełni uzasadniony. Już w swoim pierwszym profesjonalnym występie PGA Tour, podczas Justin Timberlake Shriners Hospitals for Children Open w 2009 roku, zajął siódme miejsce. W drugim, podczas Frys.com Open, pokazał prawdziwy pazur, zajmując drugie miejsce po trzyosobowej dogrywce z późniejszym zwycięzcą Troyem Mattesonem i swoim kolegą z drużyny Walker Cup Jamie Lovemarkiem. W turnieju tym dodatkowo trafił hole in one i mógł pochwalić się eaglem w każdej rundzie!

Początkowo występujący w turniejach PGA dzięki zaproszeniom organizatorów, w grudniu 2009 roku wywalczył pełnoprawne miejsce w najlepszej lidze świata na rok 2010, zajmując 15 miejsce w Q-School. Zdobył też kilka kolejnych … drugich miejsc. W lutym podczas Waste Management Phoenix Open i w czerwcu, w jednym z najbardziej prestiżowych turniejów sezonu – Memorial Tournament, gdzie był liderem przed niedzielnym finałem. Ten ostatni rezultat pozwolił mu nie tylko wskoczyć do najlepszej pięćdziesiątki rankingu światowego, ale też przyjąć osobiste gratulacje od gospodarza turnieju, samego Jacka Nicklausa.

 

 

Kontrowersyjny debiutant

W sumie w swoim pierwszym, pełnym sezonie PGA Tour dwukrotnie był drugi, raz trzeci, siedmiokrotnie znalazł się w pierwszej dziesiątce, dziesięciokrotnie zajął miejsce 25 lub lepsze, zarobił ponad 2.3 miliona dolarów, skończył sezon na 26 miejscu w rankingu światowym i 19 w klasyfikacji FedExCup, dostał tytuł Debiutanta Roku i zrobiła się afera!

Że jak to?! Jakim prawem?! Dlaczego to prestiżowe wyróżnienie, przyznawane na podstawie wyników głosowania graczy PGA Tour, dostał Fowler, a nie Rory McIlroy, który przecież w wielkim stylu wygrał Quail Hollow Championship?!? Oczywiście bardzo szybko powstała też odpowiednia teoria spiskowa, że pewnie w ten sposób chciano się „zemścić” na Rorym za to, że zadeklarował jako główną arenę swoich przyszłorocznych występów – European Tour, zamiast PGA Tour. Jednym z najbardziej zbulwersowanych był Lee Westwood, natomiast nawet śladowych ilości oburzenia nie okazywał sam Rory McIlroy, który tłumaczył to tak: „Nie chciałem tego tytułu. Tak naprawdę nie jestem debiutantem! Kiedy przystąpiłem do PGA Tour, byłem w pierwszej dziesiątce rankingu światowego. Rickie z kolei miał niesamowity sezon. Był prosto po studiach i właśnie wygrał Walker Cup. Myślę, że na tym właśnie polega bycie DEBIUTANTEM. ”

Nic dodać, nic ująć.

Wyjątkowo dzika karta

Zaledwie 11 miesięcy po przejściu na zawodowstwo Rickie Fowler był bohaterem kolejnej sensacji, stając się pierwszym debiutantem w historii PGA Tour, powołanym do drużyny Ryder Cup i pierwszym Amerykaninem, który otrzymał „dziką kartę” mimo braku zwycięstwa w PGA Tour. Corey Pavin – kapitan drużyny amerykańskiej tak tłumaczył swój wybór: „ Wszystko sprowadziło się do przeczucia, a ja miałem dobre przeczucie co do Rickiego ”.

I rzeczywiście. Dobre przeczucia kapitana amerykańskiej drużyny sprawdziły się. Przynajmniej te związane z Rickiem. W szalonej końcówce opisywanego we wstępie meczu, gdzie wydawało się, że nikt nie jest w stanie odebrać zwycięstwa Edoardo Molinariemu, Rickie Fowler trafiając cztery birdie na ostatnich czterech dołkach, dokonał niemożliwego. Zremisował swój mecz, pozostawiając nadzieję na zachowanie pucharu przez drużynę amerykańską. Nadzieję, którą jednak wkrótce rozwiał Irlandczyk – Graeme McDowell, w ostatnim pojedynku z Hunterem Mahanem.

 

 

***

Ponad dwa lata od tamtych wydarzeń Fowler udowodnił, że tamta nominacja wcale nie była na wyrost, zwyciężając w swoim pierwszy turnieju PGA Tour. Nie przyszło to jednak wcale łatwo, a do pierwszego triumfu, w rozgrywanym w maju 2012 roku – Wells Fargo Championship, niezbędne  okazało się pokonanie w doliczonym czasie gry dwóch zajadłych oponentów, którymi byli: D.A. Points i … Rory McIlroy! Rickie jednak uporał się z nimi dość sprawnie, trafiając birdie już na pierwszym dołku tej dogrywki.

Od tamtej pory wystąpił jeszcze w czterech edycjach Ryder Cup, zwyciężał cztery razy na PGA Tour, dwa razy na European Tour i raz w Hero World Challenge, w 2017 roku, w którym do gry po czwartej operacji kręgosłupa powracał Tiger Woods.

Horror w Scottsdale 

Ostatnie zwycięstwo, podczas Waste Management Phoenix Open również nie przyszło łatwo. Tak naprawdę było chyba najtrudniejszym ze wszystkich, a dogrywka z Wells Fargo wydaje się przy tym przechadzką po parku. Wcześniej miał na swoim koncie sześciokrotne prowadzenie w turniejach PGA po trzech rundach. Tylko raz, w Honda Classic w 2017 roku udało mu się w tej sytuacji zwyciężyć. Zawsze sypał się, będąc liderem po 54 dołkach, nie grając nigdy na par lub poniżej w rundzie finałowej. Podobnie było również rok temu w Scottsdale.

W tym roku, przystępując do rundy finałowej na TPC Scottsdale, Fowler prowadził czterema uderzeniami nad triumfującym dwukrotnie w tegorocznym sezonie Mattem Kucharem. Po dziesięciu dołkach niedzielnej rundy miał już pięć uderzeń przewagi, tym razem nad wściekle atakującym, grającym w grupie tuż przed nim, Południowoafrykańczykiem – Brandenem Grace.

Za moment wydarzenia przybrały zgoła surrealistyczny obrót.

Zaczęło się od chipa, w strugach deszczu, po którym piłka przeleciała przez cały jedenasty green i wtoczyła się do wody. Stamtąd był drop z punktem karnym. Kiedy Rickie wdrapał się na wzniesienie, żeby oglądnąć green, piłka nagle ożyła i pewnie pod wpływem wiatru i deszczu z powrotem wtoczyła się do wody! Zrobiło się nieciekawie. Teraz główną rolę przejęły reguły golfa, które jak dobrze wiemy potrafią być okrutne, niesprawiedliwe i czasami nie do końca zrozumiałe. Według reguły 9.3 Rickie musiał z punktem karnym ponownie dropować piłkę, która przed chwilą wtoczyła się do wody. Po tej smutnej czynności, zachowujący zimną krew Fowler, zagrał świetny pitch nad bunkrem, na green i trafił wcale nie krótki putt!

 

 

W następstwie tych kuriozalnych wydarzeń, lekko zdezorientowany Rickie  schodził z tego dołka z potrójnym bogeyem.

Z drugiej jednak strony i tak mogło być dużo gorzej.

Przewaga tymczasem stopniała w ułamku sekundy do jednego uderzenia. Na kolejnym dołku zagrał bogeya, i w tym momencie przegrywał jednym uderzeniem z Gracem, który trafił birdie. Po trzynastce deficyt Fowlera zwiększył się do dwóch strzałów, po kolejnym birdie Brandena. Kiedy sytuacja wydawała się już beznadziejna Rickie, dzięki niezwykłemu hartowi ducha trafił wspaniałe birdie na dołkach 15 i 17, przeciwko utopionej piłce i bogeyowi oponenta na siedemnastce. Chwilę później, teraz już dystyngowany 30-latek mógł cieszyć się piątą wygraną na PGA Tour!

Wszystko to po raz pierwszy, wspólnie oglądali z trybun … jego babcia, dziadek i tata.

 

Napisała: Kasia Nieciak

 

Artykuł opublikowany po raz pierwszy w magazynie Golf&Roll w 2011 roku. Odświeżony i za zgodą redakcji G&R trafia na nasze łamy.

GOLF NA ŚWIECIE
Partnerzy oficjalni

Partnerzy wspierający