Fot: Archiwum X Adriana Meronka

Niełatwe jest życie golfisty.

Życie zawodowego golfisty nie jest łatwe. Oczywiście można na ten temat spokojnie napisać książkę popartą milionem przykładów. Zawęźmy temat i skupmy się wyłącznie na Polakach, którzy właśnie na własnym organizmie doświadczyli trudu i znoju bycia graczem turniejowym.

Najbardziej w tej materii doświadczony jest Adrian Meronk. Nasz najlepszy golfista i dobro narodowe, kiedyś ósmy amator świata już drugi sezon podróżuje po całym świecie, śledzony przez tysiące miłośników jego talentu znad Wisły, doświadczając zarówno momentów niezwykłych uniesień, nieco słabszych chwil oraz dni, kiedy po dwóch rundach bezpardonowej walki trzeba wracać do domu.

Owszem, to najbardziej naturalna rzecz na świecie! Każde dziecko wie, że forma nagle przychodzi, by po chwili niespodziewanie odejść. Dobra gra raz jest, a kiedy indziej jej nie ma! Klasyka. Szczególnie bolesne doświadczenia pojawiają się, kiedy zawodnik przemieszcza się na drugi koniec świata, zakwitając  w samolocie  na grubo ponad 20 godzin, po to tylko, żeby nie przejść przez cut, nie zarobić nawet grosza, ponosząc jednak ogromne wydatki związane z podróżą i akomodacją w egzotycznym miejscu. To może być nieco frustrujące.

Wszystkiego jednak trzeba doświadczyć! Zarówno niesamowitego uczucia, kiedy gra się tak jak grał Adrian podczas Ras Al Khaimah Golf Challenge pod koniec października, oraz całego wachlarza emocji jakie towarzyszyły mu podczas  odpadnięciu po dwóch dniach gry ekscytującego turnieju European Tour –  ISPS HANDA World Super 6 Perth, który mogliśmy śledzić kilka dni temu.

Paradoksalnie dopiero to wszystko zebrane w jedno wielowymiarowe doświadczenie sprawia, że zawodnik staje się zahartowany w boju i gotowy do przyjmowania zarówno ciosów jak i sukcesów. Dzięki temu kiedyś dużo łatwiej poradzi sobie zarówno w sytuacji, kiedy prowadzi jednym uderzeniem na dwa dołki przed końcem turnieju, oraz w  sytuacji kiedy mimo stawania na rzęsach i ogromu pracy włożonej w czasie treningów – i tak nic z tego nie wychodzi.

Tak po prostu zwykle to wszystko się toczy!

Jeszcze pod koniec stycznia Adrian trenował w Portugalii, grając tam również w Palmaras Classic – małym turnieju w lokalnej lidze Algarve Pro Golf Tour, gdzie po świetnych rundach 65 i 68 zajął drugie miejsce. Forma była i błyszczała na całą Portugalię, ba na całą Europę Południową!

Tymczasem w Australii nagle sytuacja się zmieniła i po świetnej grze nie pozostało wiele. Adrian zagrał dwie równiutkie rundy, obie po 75 uderzeń, obie zawierające 4 birdie i 6 bogeyów, mijając się z cutem o blisko rok świetlny.

Oczywiście można analizować co się stało. Nawet trzeba! Jednak nie jest to nasza rola, tylko Adriana i osób, które zajmują się jego karierą. Naszą rolą jest mu kibicować. I w tych świetnych chwilach i w tych gorszych.

***

Przykład drugi – Mateusz Gradecki – dobry kumpel Adriana, z którym znają się jak łyse konie. On również nie najlepiej wspomina swoje najnowsze zmagania turniejowe, podczas Open Casa Green Golf – drugim turnieju rozegranym w Casablance w przeciągu tygodnia!

Gradi, który w grudniu dołączył do PGA Polska, od tamtego momentu zmaga się również w turniejach zawodowych, zaczynając swoją przygodę od ligi Pro Golf Tour, będącej bezpośrednim zapleczem Challenge Tour. Już od pierwszego startu, w trybie natychmiastowym pokazał, że grać to on potrafi!

W dwóch pierwszych turniejach odbywających się w Egipcie, za każdym razem grał w najlepszej grupie podczas rundy finałowej! Wtedy jednak w obu przypadkach nie działo się najlepiej. Za pierwszym razem spadł na pozycję szóstą, a za drugim na trzynastą. Wiadomo, oprócz całego zastępu żądnych zwycięstwa naprawdę świetnych zawodników, zmagał się również ze sporą presją, wielką chęcią wygranej i zwłaszcza w drugim turnieju – solidnym zmęczeniem.

Fot: Filip Naglak

Po tygodniu odpoczynku ponownie udał się na maraton turniejowy, tym razem do Casablanki. Tam na dobry początek, grając w pierwszym z dwóch turniejów, zajął najlepsze miejsce w swojej krótkiej acz bardzo intensywnej karierze!

Z kolei w drugim turnieju sprawy miały się nieco gorzej. Mateusz najpierw prześlizgnął się jednym uderzeniem przez cut, by ostatecznie uplasować się pod sam koniec klasyfikacji.

Przyczyny słabszej gry w tamtych zmaganiach najlepiej wytłumaczył Filip Naglak, który w Casablance był jego caddym i powiernikiem: „ Zakończyły się dwa turnieje z cyklu Pro Golf Tour rozgrywane w Maroko. W pierwszym z nich Mateusz zajął fantastyczne 5. miejsce. W drugim był 56.

Niestety sport ma swoje prawa i tylko dwóch zawodników, którzy byli w top 10 w pierwszym turnieju powtórzyło ten wynik w turnieju kolejnym. Obaj z pełną kartą na European Challenge Tour!

Wszyscy pozostali z najlepszej dziesiątki Open Casa Green byli w Open Prestigia w drugiej lub trzeciej dziesiątce i odwrotnie! Większość graczy z top 10 z pierwszego turnieju uplasowała się w trzeciej czy czwartej dziesiątce turnieju drugiego.

Oczekiwania były zapewne większe, ale własnego organizmu nie da się oszukać. Zmęczenie musiało w końcu nadejść.

Pomimo startu poniżej oczekiwań w Open Casa Green cały pobyt należy uznać za niezwykle udany. Mamy wiele informacji na temat elementów, które mogą być lepsze i wiemy nad czym pracować. Małymi krokami idziemy w dobrym kierunku.

Ostatnie dwie rundy pomimo dobrej pogody były ekstremalnie ciężkie z powodu narastającego zmęczenia, które powodowało, iż pewne elementy nie były już na tak wysokim poziomie jak w początkowej fazie pobytu.

Była radość, były chwile frustracji, żarty i szorstkie słowa, wszystko to po to aby następnym razem być jeszcze lepszym.”

***

Swoje wzloty i upadki miała też w Casablance trzyosobowa ekipa PGA Polska, w składzie: Grzegorz Zieliński, Adrian Kaczała i Kuba Piotrowski. Najpierw przemierzyli oni ćwierć świata, jadąc samochodem z Polski do Marbelli, gdzie od stycznia zorganizowali sobie bazę wypadowo – treningową. Panowie później tym samym samochodem teleportowali się przy wydatnej pomocy promu do Maroko, mając po drodze oczywiście sporo dużego kalibru przygód.

Fot: Adrian Kaczała

Ostatecznie żaden z nich nie przeszedł przez cut, jednak wszyscy wywożą z Maroko pokaźny bagaż doświadczeń.

Najbliżej magicznej granicy przejścia przez cut był Grzegorz Zieliński, któremu w pierwszym turnieju do szczęścia zabrakło jednego uderzenia.

Z kolei Adrian Kaczała podczas drugiego turnieju zagrał świetną pierwszą rundę, by w drugim spaść w odmęty tabeli wyników: „ Moja pierwsza runda to 70 uderzeń – głównie dzięki świetnej grze ironami. Po dwóch bogeyach powiedziałem sobie, że trzeba być cierpliwym, a birdie wreszcie zaczną wpadać. Tak też się stało.

Druga runda to fatalny start, 2 piłki w wodzie na pierwszym dołku i to od razu podcięło mi skrzydła. Na następnych dołkach próbowałem odrabiać straty, ale nic nie szło po mojej myśli łącznie z dwukrotnie wbitą piłką w bandę bunkra.

Mam jednak bardzo dobre ogólne wrażenia z turnieju, a po powrocie z Maroko zagram w hiszpańskim Gecko Tour. Fajnie, że nas Polaków jest coraz więcej na tego typu turniejach. ”

Kuba Piotrowski dzięki ogromnemu samozaparciu pojawił się w Maroko świeżo po ściągnięciu w Polsce szwów z dwóch palców lewej ręki, które przeciął nożem do tapet. Lekarz nawet odradzał mu grę jednak on był jej tak głodny, że nie mógł się powstrzymać. Później okazało się, że niedawna kontuzja przeszkadzała mu w normalnym trzymaniu kija, jednak on zacisnął zęby i mimo jątrzącej się rany dokończył swoje cztery rundy w Casablance.

***

Zaprezentowane przykłady mogą dość dobitnie uświadomić jak skomplikowane jest życie zawodowego golfisty. Ile czyha na niego trudnych sytuacji, niełatwych wyborów i jak dużo zależy zwyczajnie od szczęścia.

Tym bardziej warto doceniać i szanować wysiłki graczy, którzy poświęcają  się swojej ukochanej grze i bez względu na przeciwności starają się być coraz lepsi, każdy oczywiście na swoje możliwości.

Zawsze to szanujmy! Trzymajmy kciuki w dobrych i słabszych chwilach.

Bez względu na wyniki!

 

Napisała z nutą zadumy: Kasia Nieciak

 

Golfowe Newsy
Partnerzy oficjalni

Partnerzy wspierający