Ian Poulter, Ryder Cup. Medinah Country Club. Wrzesień 2012. EPA/TANNEN MAURY. Dostawca: PAP/EPA.

Ian Poulter – niesamowity Mr Ryder Cup

Wszyscy słyszeliśmy ten oszałamiający jazgot generowany przez amerykańskich kibiców, przy którym ryk przelatującego nad głową Dreamlinera wydaje się bzyczeniem komara. Tuż przed rozpoczęciem pierwszego, sobotniego meczu foursome, nasz bohater w purpurowo-różowych butach, idealnie dopasowanych do gustownej bluzy z logo Ryder Cup, niespeszony panującymi warunkami wkroczył na tee. Jednak zamiast zaczekać aż wrzawa ucichnie, wytrwale zachęcał publiczność, żeby nie przestawała. Dopiero kiedy tumult osiągnął rozmiary apokaliptyczne, a wibrujące w uszach „USA, USA” docierało do najgłębszych zakamarków podświadomości, wykonał swój drive, oczywiście prosto do czyhającego na takie okazje bunkra.

Gooner

Ian James Poulter tak naprawdę zawsze chciał  być piłkarzem. Życie napisało jednak inny scenariusz: „Dorastając chciałem być piłkarzem, ale tak się nie stało. Moim drugim ulubionym sportem był golf i mówiąc szczerze, wygląda na to, że był to dobry wybór.” W golfa zaczął grać już jako czterolatek. Jak to zwykle w takich okolicznościach bywa – dzięki tacie, który na początek podarował mu skróconą drewnianą trójkę z prywatnego demobilu.

Ojciec z jednocyfrowym handicapem oraz starszy brat – profesjonalista, stanowili idealne wsparcie dla małego Jasia, który wbrew największemu marzeniu wykazywał wielki talent do golfa: „Jako dzieciak kochałem sporty drużynowe. Mając 14 lat trafiłem nawet na testy do Tottenhamu, jednak po dziesięciu minutach poklepano mnie po ramieniu mówiąc, że nie jestem wystarczająco dobry i mogę wracać do domu.”

Odrzucony przez „Ostrogi” i zawiedziony jako piłkarz, postanowił skupić się na tym, w czym był naprawdę dobry. Wkrótce został asystentem pro i menadżerem sklepu golfowego w Chesfield Downs Golf Club, w rodzinnym Stevenage. Ponieważ jego szef ustanowił dziwaczną regułę, zmuszającą go do płacenia pełnego green fee za grę w turniejach klubowych, praktycznie z nich zrezygnował, betonując swój handicap na poziomie 4. Miłość do piłki nożnej przetrwała do dzisiaj, czyniąc z Poultera prawdopodobnie najbardziej zajadłego kibica Arsenalu na świecie, co z dumą podkreśla przy każdej nadarzającej się okazji, słowami: „I’m a Gooner!”

Nastoletni zawodowiec

Teraz przyznaje:„ Nie miałem szansy jak wiele innych dzieciaków, na grę w pełnym wymiarze w golfa amatorskiego, ponieważ nie było na to stać moich rodziców”. W 1996 roku, pozbawiony realnych możliwości rozwoju, jako dziewiętnastoletni amator postanowił przejść na zawodowstwo. Decyzja okazała się trafiona, kiedy już w 1999 roku wygrał pierwszy zawodowy turniej – Open de Côte d’Ivoire na Challenge Tour. Pod koniec tego samego roku wywalczył kartę do gry w European Tour, przechodząc pomyślnie morderczą  Q-School. Szybko stało się jasne, że dopiero się rozkręca. Już w pierwszym sezonie zwyciężył w Italian Open oraz zdobył zaszczytne wyróżnienie Debiutanta Roku.

Przez następne cztery sezony,  każdego roku wygrywał przynajmniej jeden turniej, w tym kończący rozgrywki – Volvo Masters w 2004 roku. W latach 2003, 2004, 2006 i 2009 zawsze znajdował się w czołowej dziesiątce Order of Merit, a w 2010 roku skończył sezon na najwyższej, czwartej pozycji. W tym samym roku osiągnął też najwyższe – piąte miejsce w Rankingu Światowym.

Do tej pory wygrał już 17 zawodowych turniejów, z czego 12 na European Tour, w tym dwa turnieje World Golf Championship. Był uczestnikiem pięciu World Cup i trzech Seve Trophy. Nic jednak nie kręci go bardziej niż gra w Ryder Cup, gdzie jest postrachem drużyny amerykańskiej.

Ian Poulter i Lee Westwood. Ryder Cup 2014. Gleneagles. EPA/ANDY RAIN. Dostawca: PAP/EPA.

Cudotwórca z Medinah

Nie inaczej było we wrześniu 2012 roku, podczas Ryder Cup w Medinah, gdzie 36-letni Anglik po prostu zniszczył system! Wystąpił tam zresztą dzięki „dzikiej karcie”, przyznanej przez kapitana – Jose Marię Olazabala. W ciągu trzech dni, zwyciężył w swoich wszystkich czterech meczach! Jego pięć birdie, na ostatnich pięciu dołkach, podczas ostatniego meczu sobotniej sesji fourball, gdzie wspólnie z Rorsem przegrywali 2 dołkami na 6 dołków do końca, przeszło do historii Ryder Cup! Wszyscy śledzący końcówkę tego pojedynku przecierali oczy ze zdumienia. Również kibice w Europie, którzy chwilę wcześniej, lekko rozczarowani oglądaniem niemiłosiernych batów jakie dostaje ich drużyna, powoli szykowali się już do snu, nie wierząc, że coś dobrego jeszcze się wydarzy. Tymczasem Ian wpadł w szał, a jego heroiczne wysiłki pozwoliły wygrać ten mecz jednym dołkiem i to mimo zaciekłej obrony Jasona Dufnera i Zacha Johnsona!

Popisy natchnionego Anglika dały Europie bezcenny punkt i wiarę w zwycięstwo, mimo beznadziejnego wyniku 6:10 przed niedzielnymi singlami. Ostatniego dnia ten angielski Terminator połknął, świeżo upieczonego mistrza US Open – Webba Simpsona, wygrywając 2 up i jego drużyna w jakiś niepojęty sposób wygrała wówczas całe rozgrywki 14 ½ – 13 ½!

 

Czy Poulter jest najlepszym graczem w historii Ryder Cup? Wciąż trudno go porównywać z gigantami prowadzącymi w rankingu największej liczby zdobytych punktów, takimi jak Faldo (25), Langer (24), Monty i Casper (23,5), Arnold Palmer (23) czy  Seve Ballesteros (22,5). Po Medinah Poulter miał za to najlepszy procent wygranych meczów w historii spośród tych, którzy rozegrali przynajmniej 15 meczów. Jego rekord wynosił 12 wygranych, trzy przegrane i zero remisów.

W sumie wystąpił pięciokrotnie w Ryder Cup, w 2004, 2008, 2010, 2012 i 2014 siejąc prawdziwe spustoszenie, zdobywając 13 punktów i przegrywając tylko 4 razy w 18 meczach! Nigdy nie przegrał w meczu singlowym, tylko raz tam remisując!

Co sprawia, że jest tak dobrym graczem Ryder Cup i innych rozgrywek drużynowych? Być może występuje tu duża zbieżność z zamiłowaniem do piłki nożnej: „Ponieważ nie dane było mi zrealizować się w futbolu, pewnie dlatego wkładam tyle serca i pasji w Ryder Cup.”

Wygląda na to, że to właśnie miłość do piłki nożnej uformowała jego bojową naturę i zamiłowanie do bycia częścią drużyny. Tuż po zakończeniu batalii w Medinah, pytany czy jest w stanie przenieść swoje „widzenie tunelowe” również do gry w turniejach wielkoszlemowych odpowiedział, powtarzając  sześciokrotnie: „Nie mogę, nie mogę , nie mogę …”  Po chwili dodał jeszcze: „Ryder Cup może mi to zastąpić. Jeśli tak jest mi pisane – jestem szczęśliwym człowiekiem.”

Bardzo Kolorowy Ptak.

Jest pasjonatem mody, w szczególności tej golfowej. Kocha szkocką kratę, jaskrawe kolory, szalone wzory i ich szokujące  zestawienia. Wiele z jego strojów, zwłaszcza tych bardziej odważnych przeszło już do annałów golfa.

Słynne spodnie z ogromną, brytyjską lub amerykańską flagą. Spodnie w szkocka kratę zestawione ze swetrem z flagą brytyjską. Polówka w zapierającym dech, zdumiewającym złotym kolorze. Brawurowe spodnie, przywdziane podczas The Open, ozdobione oryginalnych rozmiarów wizerunkiem słynnego Dzbana na Wino. Na widok tych spodni, komentujący dla BBC Seve Ballesteros zażartował: „Już chyba nigdy bardziej się do niego nie zbliży”.

Poulter tak wyjaśnia swoją fascynację ciuchami: „Moją pierwszą pracą była sprzedaż modnych dżinsów i koszulek na straganie w rodzinnym Stevenage. Myślę, że moja miłość do mody i gust właśnie wtedy się rozwijały. To co ubieram na i poza polem jest częścią tego kim jestem. Lubię być inny.”  Ze swojej pasji stworzył w 2007 roku markę  – IJP Design, której dość przewrotne logo budziło czasami dziwne skojarzenia. Po dziesięciu latach, firma jednak zakończyła działalność.

Inną jego pasją są samochody, które tworzą sporych rozmiarów flotyllę, na którą składają się między innymi:  białe, zrobione na zamówienie Ferrari FF, Ford GT, Bentley Continental GT, Ferrari California, Nissan Skyline i Aston Martin DB9.

„Ja i Tiger”

Uwielbia być w centrum uwagi, a jego raczej cięty język, w połączeniu z trudnym do okiełznania temperamentem, często przysparzają kłopotów. W 2006 roku ukarany został pięcioma tysiącami funtów za słowną obrazę sędziego podczas Irish Open. Rok później znów go ukarano, po tym jak w trakcie Mercedes-Benz Championship sfrustrowany rozniósł kijem marker na tee. W kolejnym sezonie, zasłynął dzięki wywiadowi udzielonemu angielskiemu magazynowi Golf World, w którym powiedział zdumionemu dziennikarzowi:„ Nie zrozum mnie źle. Naprawdę szanuję każdego zawodowca, jednak jak do tej pory wciąż nie grałem na swój pełen potencjał. Kiedy już to nastąpi, będę tylko ja i Tiger.” Okładkę tegoż magazynu wypełniało zdjęcie golusieńkiego Iana Jamesa, zasłoniętego tylko w strategicznych miejscach przez różową torbę golfową, z wielkim logo głównego sponsora.

Lee Westwood jeszcze bardzo długo po zobaczeniu okładki, nie mógł powstrzymać się od kolejnych dowcipów na ten temat. Opowiadając kiedyś jak mocno schudł ostatnimi czasy, dodał: „Jednak nie na tyle mocno, żeby pozować nago dla magazynu”. W kwietniu 2010 roku Ian przepraszał za opublikowaną na Twitterze antysemicką wypowiedź. W  październiku, również dzięki Twitterowi mogliśmy zobaczyć jak bohater całej Europy wraz ze swoimi synami z radością pędzluje płatki śniadaniowe wprost ze świeżo zdobytego … Pucharu Rydera.

Nic dziwnego, że Ian rządzi na Twitterze, z prawie 2,5 milionową rzeszą śledzących jego wpisy i co kiedyś z dumą podkreślał: „Spośród golfistów tylko Tiger ma wynik lepszy ode mnie.”

Druga wygrana WGC

Na początku listopada 2012 roku, miesiąc po nadzwyczajnym Ryder Cup, znów błysnął formą i wygrał swój drugi w karierze tytuł World Golf Championship, podczas rozgrywanego w Chinach, świetnie obsadzonego HSBC Champions. Odrabiając w finałowej rundzie cztery uderzenia deficytu, z ośmioma birdie na karcie, wygrał z dwupunktową przewagą nad Elsem, Mickelsonem, Dufnerem i Piercy. Stał się zaledwie drugim Europejczykiem w historii wraz z Darrenem Clarkiem, który miał wówczas na koncie więcej niż jedną wygraną WGC. „Tak miło trzymać w rękach kolejny puchar”, powiedział Poulter, który poprzednie indywidualne zwycięstwo świętował podczas Australian Masters w grudniu 2011 roku. Dwie wygrane WGC na koncie wyglądały bardzo dobrze, jednak on, mimo bardzo wielu prób, wciąż nie miał zwycięstwa w turnieju strokeplay na PGA TOUR. Teraz ten stan rzeczy uległ diametralnej poprawie.

Houston, mamy problem!

Jego pierwsza runda zakończonego akurat w prima aprilis – Houston Open, była na tyle słaba, że Ian zaczął nawet wstępnie pakować walizki. Nic dziwnego. Szanse na przejście przez cut nie wyglądały najlepiej. Mało tego. Zanim w czwartek wieczorem zaczął się pakować, chwilę wcześniej zdążył wpaść jeszcze w prawdziwą furię, po tym jak z powodu zapadających ciemności, nie pozwolono mu ukończyć jego marnej rundy, zganiając zamiast tego cały jego flight z ostatniego dołka!

W piątek, bardzo wcześnie rano, wparował więc nabzdyczony na pole, celem dokończenia czwartkowej rundy, odbębnienia rundy piątkowej, po czym planował szybciutko zajrzeć do domu i przemieścić się do Augusty, gdzie czekały na niego obowiązki komentatorskie podczas Masters! Zagrał on rutynowego para na osiemnastym dołku kończąc rundę w bezbarwnych 73 uderzeniach, gdzieś w odmętach klasyfikacji! No i się zaczęło! Nie miał już żadnych oczekiwań i zaczął grać na luzie.

Na kolejnych 18. dołkach ustrzelił nieprzyzwoite osiem birdie i 10 parów, awansując z pozycji T123 na T23! Po piątkowej rundzie 64, w sobotę dorzucił wysublimowane 65 uderzeń i przed rundą finałową współdzielił pierwszą pozycję razem z 23-letnim Beau Hosslerem! W niedzielnej rundzie oprócz jednego bogeya, zagrał sześć birdie, w tym ten, po którym wszyscy mieliśmy ciarki na plecach!

Na osiemnastym dołku musiał trafić prawie sześciometrowy putt i swoje 67 uderzenie, żeby wskoczyć do dogrywki z młodszym prawie o dwie dekady Amerykaninem!

Co robi Poults? Trafia, wpada w typową dla siebie ekstazę, roznosi swojego oponenta na pierwszym dołku dogrywki i dostaje ostatnie wolne zaproszenie na Masters! Oczywiście nie jako komentator, ale jako gracz: „Niesamowite, że zrobiłem to akurat dzisiaj. To moja pierwsza wygrana strokeplay w USA i nadeszła akurat wtedy, kiedy na szali było też zaproszeniem na Masters! Nie do uwierzenia! Ostatni tydzień był dla mnie bolesny. Przyjeżdżając tutaj byłem zmęczony i sfrustrowany. Chwilę mi to zajmie, zanim się z tym oswoję. Jestem naprawdę nabuzowany. Mówiąc szczerze kilka ostatnich lat było dla mnie jazdą w kolejce górskiej.”

Faktycznie. Poulter zdążył wcześniej wylecieć poza 200. miejsce w Rankingu Światowym, nie wygrywając nigdzie od ponad pięciu lat. Podczas Dell Technologies Match Play grał fenomenalnie, dopóki ktoś życzliwy nie powiedział mu, że nagrał już wystarczająco na 50 miejsce w rankingu, dające zaproszenie na Masters. Wtedy stracił koncentrację i w efekcie dostał straszliwe baty w meczu ćwierćfinałowym od Kevina Kisnera. Okazało się jednak, że ów życzliwy „matematyk” się pomylił i Poulter zapewnił sobie nie 50, a 51 miejsce w rankingu, nie dające przepustki do Augusty!

Teraz to wszystko jest nieważne. Po wygranej w Golf Club of Houston awansował na 29 pozycję na świecie. Z kolei jego nadzwyczajny skok ze 123. miejsca po pierwszej rundzie, był ze statystycznego punktu widzenia najlepszym powrotem w turnieju PGA TOUR od 35 lat!

W Masters grał już dwunastokrotnie, tylko raz nie przechodząc przez cut i trzykrotnie kończąc tam w pierwszej dziesiątce. Doskonale zna to pole i jeśli utrzyma fenomenalną formę, może być naprawdę ciekawie. Podobnie jak na podparyskim Le Golf National, we wrześniu! Mimo, że aktualnie zajmuje dość odległą, 25. pozycję w europejskim rankingu Ryder Cup, przecież nikt chyba nie wątpi, że Pan Ryder Cup tam jednak wystąpi.

 

 

Napisała: Kasia Nieciak

 

 

* Artykuł opublikowany był po raz pierwszy na łamach magazynu Golf&Roll w 2012 roku. Teraz został gruntownie uaktualniony i za zgodą redakcji G&R trafił na naszą stronę.

GOLF NA ŚWIECIE
Partnerzy oficjalni

Partnerzy wspierający