Ian Baker-Finch. Photo by Chris Bacon/PA.

Ian Baker Finch – historia upadku.

W lipcu 1991 roku Ian Baker Finch był na szczycie świata. Oczywiście,z golfowego punktu widzenia. Tak naprawdę znajdował się może jakieś 5 metrów nad poziomem oceanu. Właśnie wygrał największy, najsłynniejszy, najstarszy, najzacniejszy turniej golfowy na naszej planecie. I to w jakim stylu!

Uzyskał najniższy wynik w historii The Open rozegranych na polu  Royal Birkdale –272 (71,71,64,66), wyrównał rekord Toma Watsona z Turnberry z roku 1977, grając najlepsze ostatnie 36 dołków – 130, do pokonania pierwszej dziewiątki sobotniej rundy potrzebował zaledwie 29 uderzeń, a w niedzielę na pięciu z pierwszych siedmiu dołków ustrzelił birdie.

No i stało się. To upalne lipcowe popołudnie, kiedy Ian unosił w geście zwycięstwa najcenniejsze golfowe trofeum w postaci srebrnego dzbana na wino, było początkiem końca jego kariery. Na swoje nieszczęście uświadomił sobie, że może być wielki.

To go zgubiło …

Do tej pory był dobry. Nawet bardzo dobry. Siedmiokrotnie wygrywał w Australasian Tour, raz w European Tour, kilka razy w Japonii. Od roku 1990 występował na PGA Tour, gdzie jak na debiutanta radził sobie bardzo dobrze, kończąc sezon na 16. pozycji. Teraz jednak był zwycięzcą The Open. Jego system wartości radykalnie się zmienił. To co było dobre kiedyś, teraz wydawało się rażąco niesatysfakcjonujące. Za swoją wygraną oprócz góry funtów szterlingów dostał też dziesięcioletnie prawo gry na PGA Tour i Australasian Tour, a w The Open mógł występować do 65. roku życia. To zobowiązywało, a jednocześnie dawało wielkie możliwości. Postanowił, że od tej pory będzie wygrywał już regularnie. Więcej, postanowił bardzo ciężko na to pracować …

Przede wszystkim doszedł do wniosku, że uderza zbyt blisko. Zdecydował zatem przemodelować swój swing. To nic, że jego stary zamach pozwolił mu właśnie na wygranie największego turnieju globu i każdy rozsądnie podchodzący do życia obywatel chroniłby go jak oka w głowie. On zamiast tego rozpoczął, jak się potem okazało,  proces samozniszczenia. Poszedł w ślady Nicka Faldo. Zaczął współpracę ze słynnym Davidem Leadbetterem i tak samo jak Nick Faldo postanowił gruntownie przebudować swój zamach. Na tym jednak podobieństwa się kończą, za to jest dużo przeciwieństw.

Przede wszystkim Faldo był dość przeciętnym graczem, bez żadnych oszałamiających sukcesów na koncie, kiedy zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę, rozpirzyć w drobny mak swój swing, a potem spróbować poskładać znowu to wszystko w jakąś sensowną całość.  Właściwie cóż miał do stracenia? W desperackiej chęci wejścia na sam szczyt można porywać się na takie wyczyny. Ale Finch? Przecież akurat wdrapał się na sam szczyt! Na efekty tytanicznej pracy Faldo musiał czekać kilka lat. Za to były one fantastyczne. W 1987 wygrał swój pierwszy The Open w Muirfield. Potem dołożył do kolekcji jeszcze 5 tytułów wielkoszlemowych.

Rok 1992 nie był aż taki zły dla Iana. Wygrał  w swojej ojczystej Australii, w turnieju Vines Classic, był drugi w Players Champioship – przez wielu uznawanym za nieoficjalny piąty Major. Swój sezon w USA zakończył na 58 pozycji. Uznał to za porażkę. Był zdegustowany. Na przełomie sezonów 92 i 93 postanowił więc zrobić sobie dwumiesięczną przerwę od gry w turniejach.  Jednak nie wykorzystał tego czasu, żeby wreszcie trochę odpocząć i delikatnie się zrelaksować się. Zamiast tego każdego dnia trenował jak oszalały.

Kiedy powrócił nie krył wcale, że jego celem w roku 1993 jest ukończyć każdy turniej wielkoszlemowy przynajmniej w pierwszej dziesiątce. W ten sposób sam wywierał na siebie ogromną presję. Im większy turniej tym presja była większa. Zbyt duża, żeby można marzyć o dobrej grze. W US Masters był 54, w US Open – 19, w The Open-70, a w PGA Championship-66. Dość daleko od pierwszej dziesiątki! Sezon w USA zakończył na 114 pozycji. Jedynym pocieszeniem było znowu tylko zwycięstwo w ojczyźnie, w Australian PGA.

Teraz już wszyscy starali się mu pomóc. Dostawał setki listów z szalonymi poradami od fanów z całego świata. Odbierał dziwne gadżety, recepty, modlitwy, poematy, talizmany… Wiele równie jak on zagubionych osób próbowało go pocieszyć, dać jakąś cudowną radę, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieni wszystko.

Również inni gracze nie skąpili porad. Nick Price powiedział, żeby miał mocniejszy chwyt. Nick Faldo polecił ćwiczyć z zamkniętymi oczami. Ian Woosnam sugerował, żeby po prostu złapał mocno kij i porządnie nim rąbnął. Seve Ballesteros zaproponował, żeby uderzał piłki tak miękko jak tylko może. Ronan Rafferty doradził, żeby nie używał podstawek i grał zawsze tylko z trawy. Greg Norman poradził, żeby studiował Zen. Payne Stewart chciał, żeby jego kolana się poruszały, a Ozzie Moore zalecił, żeby kolana były nieruchome…

UFF!

Ian słuchał tego wszystkiego i eksperymentował zawzięcie na samym sobie. Próbował zmian sugerowanych przez przyjaciół, graczy, trenerów, fanów, książki, kasety video…W końcu stracił to co miał najcenniejsze – swój swing, który pozwolił mu wygrać The Open. Jego stary, poczciwy zamach odszedł na zawsze!

Rok 1994 był jeszcze gorszy. PGA Tour ukończył na 167 pozycji. Żadnego zwycięstwa. Ostatnie pięć minut miał w Masters, gdzie zajął 10. pozycję. Tydzień po później zajął 64. miejsce w Hilton Head. Potem rozpoczęła się już istna gehenna. Upadek prawie tak spektakularny, jak katastrofa Meteorytu Tunguskiego. W dziesięciu kolejnych turniejach od maja do października nie udało mu się przejść przez cut i chociaż raz zagrać w weekend.

Promyk nadziei pojawił się w październiku, w pierwszym dniu World Series, kiedy to zagrał zdumiewające 67 i był tylko jedno uderzenie za liderem. Co z tego skoro już następnego dnia zgubił wszystkie 10 piłek, które miał w torbie i potrzebując zaledwie 21 (!)  puttów, zagrał 82, zajmując ostatecznie przedostatnią pozycje. Gdyby nie to, że caddie miał jeszcze jedną zapasową piłkę w kieszeni Ian w ogóle nie miałby jak dokończyć rundy.

Teraz już problemem nie był sam swing. Poważny problem stanowiła sponiewierana jak luksusowy wycieczkowiec w sztormie – psychika. Demony, które po prostu go paraliżowały. Strach przed kolejną porażką, kolejną kompromitacją. Ian potrafił czasami zagrać świetnie, ale tylko wtedy kiedy nie miało to większego znaczenia. W gronie przyjaciół, podczas treningów lub w turniejach pro-am. Tak właśnie było w roku 1994 w Seoulu, w Hyunday Masters, gdzie w środowym pro-am zagrał 66 uderzeń, bijąc rekord pola, po to tylko by następnego dnia, podczas pierwszej rundy turniejowej wykręcić 81.

W roku 1995 Ian Baker Finch nie zarobił nawet centa z gry w oficjalnych turniejach. Nie to, że nie próbował. Owszem próbował aż 24 razy. Niestety ani razu nie zagrał więcej niż dwie rundy. Jego determinacja w kontynuowaniu rozpaczliwych prób odwrócenia złej passy była bezprecedensowa. Zastanawiające jest skąd brał odwagę, żeby zmagać się w kolejnych turniejach? Grał naprawdę fatalnie, a średnio podczas każdej rundy zaliczał cztery uderzenia karne. Poniżej par udało mu się zagrać tylko dwukrotnie, a co czwartą rundę grał z wynikiem 80 lub więcej.

Mimo to postanowił zagrać znowu w The Open w St. Andrews. Dlaczego? Dlaczego były mistrz będąc w fatalnej formie podjął taką decyzję? Nie wiadomo. Faktem jest, że Ian jednak się stanął do gry i zrobił coś czego nie pamiętają nawet najstarsi caddie z St. Andrews. Grając swój pierwszy drive wykonał tak potwornego hooka, że piłka przeleciała dwa fairwaye i na  18. dołku wypadła poza granice pola. Wydaje się to niewiarygodne, ale piłka poleciała grubo ponad 100 metrów w  lewo! Jakby upokorzeń było mało ową rundę rozgrywał wspólnie z  legendą golfa – Arnoldem Palmerem, który właśnie wtedy postanowił żegnać się z The Open.

W lipcu 1996 roku, po tym jak grając w 19 turniejach tylko raz udało mu się przejść cut, Ian Baker Finch zrezygnował z gry na PGA Tour i wrócił do Australii. Tam pracował samotnie nad swoją grą. Jego skołatane nerwy powoli dochodziły do siebie. Często grał z przyjaciółmi i oczywiście robił to bardzo dobrze. Nie było kamer, fotoreporterów, widzów, presji. Nie było obezwładniającego lęku przed kompromitacją. Pełny relaks. Wszystko wyglądało bardzo różowo. Postanowił więc znowu spróbować.

Zdecydował się zagrać w 1997, w The Open. Tuż przed mistrzostwami wziął udział w niewielkim turnieju pro – am w Irlandii, gdzie uzyskał wynik 69. To był dobry znak! Grając na polu Royal Troon kilka rund treningowych ze swoimi przyjaciółmi jego wyniki oscylowały wokół para. Następny dobry znak. Wciąż jednak nie był zdecydowany na udziału w turnieju zwłaszcza, że w Irlandii nabawił się lekkiej kontuzji pleców, która teraz czasami odrobinę dokuczała. Ostateczną decyzję pomógł mu podjąć inny słynny Australijczyk, a zarazem dobry kolega – Peter Senior, który doradził mu, iż biorąc pod uwagę ostatnie wyniki, koniecznie musi wystartować. Decyzja okazała się fatalna w skutkach.

Ian ukończył pierwszą rundę z wynikiem 92 (+21!).  Po tej klęsce zdobył się jeszcze na to by stawić się na konferencji prasowej, gdzie łamiącym głosem oświadczył, że nie może już upaść ani trochę niżej. Po czym zdruzgotany wycofał się z udziału w drugiej rundzie i następnego dnia poleciał z powrotem do Australii. Jedyne czego był pewien było to, że musi trenować jeszcze ciężej.

Zaraz po przyjeździe znowu rzucił się w wir pracy. Teraz pracował po 60 godzin tygodniowo pod czujnym okiem nowego trenera Edwina Rogersa, który zaaplikował mu terapię wstrząsową. Jego radykalna metoda polegała na tym, żeby zacząć od podstaw. Uważał on, że technika Iana była chora więc musiał zapomnieć wszystko co do tej pory robił i zacząć jeszcze raz od zera. Jak ktoś kto nigdy w życiu nie trzymał kija w ręku.

Przez pierwszy tydzień Ian tylko stał przed lustrem i wykonywał ćwiartkę swingu. Potem przez cały miesiąc nie robił nic ponad pół swing. Po miesiącach ćwiczeń nowy Ian zaczął grać w Australii w najmniejszych zawodach jakie tylko jego radykalny trener mógł wynaleźć. Chodziło o to, żeby stopniowo wdrażał się do gry w poważniejszych zawodach. Jednak niezależnie jak małej rangi były to zawody, osoba byłego mistrza Open przyciągała publiczność i reporterów. Wyniki były obiecujące.

W październiku 1998 roku zagrał 67 w turnieju pro-am. Dwa tygodnie później na swoim rodzinnym polu Hope Island zaliczył osiem birdie. Potem w jakimś lokalnym turnieju zajął 6. miejsce i zarobił całe $600. Suma może niezbyt imponująca jak na byłego zwycięzcę The Open, ale w jego sytuacji to i tak było dużo.

W grudniu 1998 postanowił powrócić do Australasian Tour w maleńkim Coolum Classic, rozgrywanym niecałe trzydzieści minut drogi od jego domu. Tłumnie przybyli żądni krwi reporterzy i tym razem nie mogli być rozczarowani. Dostali to na co liczyli. Podczas dwóch godzin gry Ian zaprzepaścił pół roku pracy. Po siedmiu dołkach był już +4, na ósmym dołku zrobił doubla, na dziewiątym utopił dwie piłki, rzucił driverem w drzewo i zszedł z pola.

Po tym wydarzeniu Ian Baker Finch wycofał się z życia turniejowego, nie stwierdzając jednak, że robi to definitywnie. Odnalazł się w innych obszarach aktywności golfowej, pracując jako komentator telewizyjny, zajmując się projektowaniem pól golfowych oraz prowadząc akademię golfową.

 

Na zawsze pozostanie zwycięzcą The Open…

 

Napisała i odświeżyła: Kasia Nieciak

 

☆☆☆

 

Tekst wydrukowany był po raz pierwszy na łamach magazynu Golf oraz publikowany na stronie golfpl.com. Teraz został odrestaurowany i za zgodą golfpl.com trafił na naszą stronę.

 

CZYTELNIA
Partnerzy oficjalni