Jean Van de Velde, BMW Championship, Wentworth Club, Maj 2006. EPA/GEOFF CADDICK Dostawca: PAP/EPA.

Allez Jean!

To był spektakl jakiego nie pamiętali nawet najstarsi Szkoci. Ostatnia runda 128 Open Championship.  Ostatnie The Open XX wieku. Prawdziwy fin de siecle ze spektakularną katastrofą w tle. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Zwłaszcza Peter Alliss, słynny brytyjski komentator golfowy stacji BBC. Jean Van de Velde szalał. Alliss również!

Kiedy na siedemnastym greenie Jean właśnie zdobył para, sprawa wydawała się jasna. Zwycięstwo miał już w kieszeni. W tym momencie posiadał 3 uderzenia przewagi i tylko 1 dołek do zagrania. Może byłaby to i jasna sprawa, ale… rzecz działa się w Carnoustie, gdzie diabeł mówi golfistom dobranoc,a prowadzącym graczem był szalony i nieobliczalny Francuz. Te dwa składniki zmieszane razem, dały miksturę tak wybuchową, że eksplozja literalnie wisiała w powietrzu. Potrzebna była tylko mała iskra.

Carnoustie nawet bez tuningu uznawane jest za jedną z najtrudniejszych aren, na których rozgrywane jest The Open. Jednak w 1999 roku jakiś diabeł wstąpił w organizatorów. Nie wiedzieć czemu postanowili oni stworzyć istne golfowe piekło. Szerokość wielu fairwayów zwykle oscylowała wokół przepastnych dziesięciu metrów. Natchniony greenkeeper John Philp, traktując rough nawozem (!) przekształcił go w coś, co przypominało dorodną amazońską dżunglę. Zabiegi te zmieniły tradycyjny charakter pola, na jakim zwykło się rozgrywać te szacowne mistrzostwa. Teraz, z bardzo wąskimi fairwayami i bujnym roughem, pole przypominało raczej arenę US Open. Z jedną dość znaczącą różnicą. Tutaj zawsze mocno wiało.

Gracze psioczyli, narzekali, nie szczędzili cierpkich komentarzy i grali. Co innego mieli robić? Przecież to największy turniej golfowy świata, a że ich zmagania przypominały momentami zmagania zwykłych śmiertelników to i dobrze. Przecież to budujące móc oglądać takich asów jak Greg Norman czy Davis Love III wykonujących air shota lub zszokowanego Sergio, który podczas dwóch pierwszych dni podkręcił swój wynik do + 30! Okazało się, że oni też potrafią odstawiać czasami niezłe szopki grając w golfa. Średni wynik na polu par 71 uzyskiwany podczas rundy wynosił aż 76.82! Kilka gwiazd zza oceanu w tym Freddie Couples, widząc co się święci po prostu nie przyjechała na turniej.

W tych właśnie warunkach Francuz Jean Van de Velde najwyraźniej czuł się jak żaba w wodzie. Zgodnie ze swoją naturą i temperamentem grał porywająco i odważnie. Nie przestraszył się Carnoustie. Tak też postanowił zagrać również na 72.dołku.

Jean van de Velde,
foto: Kasia Nieciak. Dawno temu. Wentworth,Surrey,Anglia.

Dołek 18 pola Carnoustie, o długości 440 metrów, z wodą przed greenem, chociaż oficjalnie figurował jako par 4, tak naprawdę podczas tego turnieju grany był raczej jak par 5. Świadczyć o tym może chociażby średni rezultat 4.45 jaki był tam uzyskiwany! Mimo trzech uderzeń przewagi bezpieczna gra nawet nie przyszła Francuzowi do głowy. To po prostu nie jest w jego stylu. Spektakl więc się rozpoczął. Cały świat wstrzymał oddech. Peter Alliss rozgrzewał się do czerwoności.

UDERZENIE PIERWSZE – driver

Peter Allis: ”Oh, nie jestem pewny, czy to jest właściwy krok.” I rzeczywiście. Drive szybuje jakiś „kilometr” w prawo i ląduje tuż przed strumieniem. Piłka jednak jakimś cudem sadowi się w całkiem dogodnym położeniu.

P.A: ”Ty fuksiarski, mały łobuzie.”

UDERZENIE DRUGIE – dwójka żelazo

Żeby wylądować za wodą dzielącą go od greena, Jean musi uderzyć 172 metry. Dla niego to żaden problem. I mniej więcej tyle uderza. Niestety nie w linii prostej. Piłka zbacza  lekko w prawo. Odbija się rykoszetem od trybun i ląduje w dzikiej gęstwinie przed wodą. Jest prawie niewidoczna. Rozgorączkowany pan Alliss gubi się w domysłach, próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Francuz nie zagrał wedgem przed wodę, tylko porwał się na tak nieobliczalny strzał.

Jean tłumaczył po turnieju, że wbrew pozorom to nie było wcale szalone. Fairway wydawał się naprawdę wąski, szczególnie z miejsca gdzie wylądował jego drive. W związku z tym łatwo było chybić, zwłaszcza w tak stresującej sytuacji.  Wtedy dopiero wyglądałby głupio, gdyby próbując grać bezpiecznie, jego piłka znalazła się zamiast na fairwayu w gęstej trawie.

Tymczasem piłka leży dobrze. Jean wie, że jeśli tylko zagra za wodę i umieści ją gdziekolwiek dookoła greenu, będzie już w domu. Nawet gdyby poleciała w trybuny, będzie miał free drop. Kto jednak mógł przewidzieć, że piłka odbije się od szerokiego na 5 centymetrów kawałka rurki na trybunach, potem od betonowej ściany kanału, by wreszcie skończyć podróż w najgęstszej gęstwinie świata. To była czystej wody złośliwość losu!

UDERZENIE TRZECIE – sand wedge

Piłka wpadła wprost do szerokiego na kilka metrów, głębokiego jak Kanion Kolorado kanału. Jest dobrze widoczna tuż pod taflą wody. To prawdziwy kanał! Z kilkumetrowymi ścianami. Nie ma nawet cienia szansy, żeby móc ją stamtąd wybić. Co robi Jean ? Oczywiście ściąga buty i skarpetki, podwija nogawki spodni i tam wchodzi.

Rozszalały Alliss wznosi się na wyżyny kunsztu komentatorskiego: „To jest tak, tak bardzo smutne i tak niepotrzebne. Co robisz drogi chłopcze? Nigdy w życiu nie widziałem niczego podobnego. Czy ktoś łaskawie mógłby tam pójść i go powstrzymać. Proszę! Dajcie mu dużą brandy i uspokójcie, na miłość boską”

Tymczasem Jean stoi po kolana w wodzie, z posępnego nieba siąpi deszcz, a on ironicznie się uśmiecha. Jak tłumaczył później rozśmieszyła go perspektywa kąpieli któregoś z chmary rozgorączkowanych fotoreporterów, skłębionych tuż nad przepaścią i rozpychających się w celu przyjęcia najlepszej pozycji do zrobienia zdjęcia dekady.

UDERZENIE CZWARTE – drop

Po wyjściu z wody, dokładnym wysuszeniu stóp i ubraniu butów, Jean wciąż nie tracił humoru. W trawiastym gąszczu wykonuje karne upuszczenie piłki, jednak wcześniej z kąśliwą ironią mówi do towarzyszących sędziów: „Niech ktoś popatrzy gdzie spada piłka, bo możemy jej już nigdy więcej nie zobaczyć.” W tym czasie wycieńczony i zrezygnowany już Peter Alliss gasnącym głosem stwierdza: ”To jest najsmutniejszy moment w dziejach sportu.”

UDERZENIE PIĄTE –  sand-wedge

Sprawy rzeczywiście nie mają się najlepiej. Mając świeżo w pamięci dopiero co wykonane uderzenie prosto do wody, Jean z prawie identycznej pozycji, tylko z troszkę mniej gęstej trawy teraz musiał zagrać ponad wodą, ponad bunkrem i wylądować na greenie. Mało tego, żeby wygrać pozostanie mu w zanadrzu tylko jeden putt.

Nie uprzedzajmy jednak wydarzeń. Póki co piłka cudem przelatuje nad wodą i wpada do bunkra.

UDERZENIE SZÓSTE – sand wedge

Przed nim wyrasta ściana bunkra. Tymczasem musi znaleźć się bardzo blisko dołka. Wykonuje fantastyczny strzał, a piłka zatrzymuje się jakieś trzy metry od flagi.

UDERZENIE SIÓDME – putter

Emocje sięgają zenitu. Każdy oddałby dosłownie wszystko za to, żeby Jean trafił, żeby spektakl trwał dalej. Putter o wdzięcznej i adekwatnej do sposobu gry właściciela nazwie „Never Compromise”, posyła piłkę w samo serce dołka i dogrywki. Tłum eksploduje, Peter Alliss trochę się wycisza, a  Jean wydaje okrzyk radości tak jakby już było po wszystkim…

Tak, tak. To wszystko naprawdę miało miejsce. To nie scenariusz  z filmu Alfreda Hitchcocka, chociaż narastająca dramaturgia i niespodziewane zwroty akcji mogłyby na to wskazywać. To nie jest też scenariusz jakiejś kiczowatej komedii z golfem w roli głównej. To wydarzyło się naprawdę.

Zresztą była jeszcze dogrywka …

Atmosfera wokół piętnastego tee powoli się zagęszcza. Wszyscy czekają na rozpoczęcie dogrywki. Tłumy kibiców, sędziowie, marschale, dziennikarze, fotoreporterzy, wszyscy już tam są. Przybywa Szkot Paul Lawrie, którego runda zakończyła się jakieś półtorej godziny temu.

Gdyby ktoś wtedy powiedział mu, że może wejść do playoff, tylko popukałby się w czoło. Przecież był wtedy jakieś sto lat świetlnych za liderem. Teraz wygląda na strasznie zdenerwowanego i lekko zdezorientowanego. Chyba wciąż nie dociera do niego, że to dzieje się naprawdę, że to nie jest sen.

Chwilę później nadchodzi Amerykanin Justin Leonard. On już ma w swoim dorobku jeden tytuł mistrza Open. Jest śmiertelnie poważny. Wita się z Paulem, po czym obaj zastygają w milczącym oczekiwaniu. Wciąż siąpi deszcz. Coraz cięższe krople dzwonią o kolorowe parasole. Dwanaście minut mija w zupełnej ciszy.

Nagle pojawia się Van de Velde. Szeroki uśmiech rozświetla jego twarz. Nie wygląda na kogoś, kto właśnie w kuriozalny sposób roztrwonił na ostatnim dołku pewne zwycięstwo:„Myślałem, że będziemy się trochę lepiej bawić”.  Mówi, jakby w reakcji na posępne i skupione oblicza swoich rywali. „Czy naprawdę muszę grać osiemnasty dołek ?” Przekornie upewnia się jeszcze Francuz. Wszyscy dookoła wybuchają śmiechem. Nie śmieją się Lawrie i Leonard.

Szkot jest po prostu zbyt skoncentrowany, żeby pozwalać się rozpraszać niestosownymi dowcipami. Za to Amerykanin wygląda wręcz na oburzonego. Jak to możliwe, żeby jakiś francuski fircyk tak trywializował te królewskie i dostojne mistrzostwa ?

Potem rozpoczęły się w końcu cztery dołki dogrywki. Wygrał trzema uderzeniami, sklasyfikowany w rankingu światowym na 159 (!) miejscu – Paul Lawrie. Justin Leonard i Jean Van de Velde finiszowali z jednakowym wynikiem.

Jean musiał ponownie grać dołek osiemnasty. Tym razem uzyskał na nim nie siedem, lecz sześć uderzeń. Jeszcze godzinę temu to wystarczyłoby, żeby być mistrzem. Tymczasem stało się inaczej i po prawie siedemdziesięciu latach oczekiwań, na ojczystej ziemi znowu wygrał Szkot. Ostatnio sztuki tej dokonał, również w Carnoustie, Tommy Armour w 1931 roku. Radość około 30 000. tłumu, który tłoczył się wokół osiemnastego greenu nie miała granic.

Nie mniej ciekawa od właściwego dramatu była konferencja prasowa, która odbyła się po ceremonii zakończenia turnieju. Justin Leonard przybył na nią zupełnie zdruzgotany. Wyglądał co najmniej tak jakby właśnie dowiedział się, że zostawił włączone żelazko na ulubionej koszuli w motyle.

Załamany Amerykanin powiedział między innymi:„ Czuję się tak, jakbym przegrał The Open dwukrotnie, co jest chyba dwukrotnie trudniejsze do zniesienia. Obojętnie jednak jak źle ja się czuję, on czuje się gorzej”.Po chwili przyszedł Van de Velde. Ten, który miał czuć się gorzej. Współczujący dziennikarze z zakłopotaniem pospuszczali głowy, jakby bojąc się spojrzeć w twarz człowieka złamanego przez życie.

Widząc to, pierwsze jego słowa brzmiały: „Nie bądźcie tacy smutni,dobrze? Zyskałem mnóstwo nowych przyjaciół, ponieważ wreszcie wygrał facet ze Szkocji. To jest przynajmniej coś.” Po tych słowach ciężkie chmury nagle się rozwiały. Jean odpowiadał cierpliwie na wszystkie pytania. Był na przemian poważny, dowcipny, smutny lub wesoły. Zależnie od spraw, o jakich się wypowiadał. Nawiązując do katastrofy samolotu Kennedych sprzed dwóch dni, powiedział: „Na świecie zdarzają się straszniejsze rzeczy. Współczujcie tym ludziom. Nie mi. Ja tylko przegrałem turniej golfowy.”

Taki właśnie jest Jean. Fani kochają go za tą żywiołowość, szczerość i dystans z jakim podchodzi do gry, oraz za za spektakl jakim ich obdarzył tego deszczowego popołudnia w Carnoustie.

Już w lipcu The Open ponownie wraca do Carnoustie.

 

Napisała i odświeżyła: Kasia Nieciak

☆☆☆

Tekst wydrukowany był w 1999 roku na łamach magazynu Golf oraz publikowany na stronie golfpl.com. Teraz przeszedł delikatną rewitalizację i za zgodą golfpl.com trafił na nasze łamy.

CZYTELNIA
Partnerzy oficjalni

Partnerzy wspierający